Błogosławiony Jan z Penny
Wyznawca Pierwszego Zakonu, 3 kwietnia
Nie my sobie, ale Pan Bóg nam wyznacza koleje życiowe, prowadzi nas do celu, jaki nam wyznaczył. Musimy tylko we wszystkim jego woli odpowiadać. Tak prowadził świętych do ich świętego przeznaczenia. Dobrze powiedział pewien mędrzec grecki o przeznaczeniu człowieka: „Podobny jesteś do aktora; jeżeli ci wyznaczą rolę żebraka, graj dobrze żebraka, jeżeli inną graj ją dobrze. Do ciebie bowiem należy daną ci rolą dobrze odegrać, wyszukać zaś tę rolę jest rzeczą kogo innego“.
Tak prowadził Pan Bóg błogosławionego Jana z Penny. Nie znamy wprawdzie jego wczesnej młodości. Będąc młodzieńcem, miał dziwne zdarzenie. Stanął przed nim młodzian prze piękny, prawdopodobnie posłaniec z nieba, i rzekł doń: „Będziesz miał jeszcze bardzo daleką drogę, ale u jej kresu otworzy ci się niebo“. Tymi słowy zapraszał młodego Jana usilnie, by poszedł na kazanie pewnego franciszkanina do kościoła świętego Szczepana w Pennie. Słowa kaznodziei wywarły za łaską Ducha świętego na młodzieńcu takie wrażenie, że myśl jego, czysta jak śnieg, wyżej i wyżej poczęła szybować. I okazał mu Pan drogi swoje i nauczył go ścieżek swoich. „Bądź wola Twoja“, rzekł, prosząc o habit braci mniejszych. Odziany w szatę Biedaczyny z Asyżu, został wraz z innymi braćmi przez samego świętego Założyciela wysłany do Francji. Tam pracował przez 25 lat. Odznaczał się przy tym cudowną łagodnością i niezniszczalną cierpliwością i wiele dusz pozyskał dla Boga. Wyniszczony długoletnią pracą prosi jakoby drugi Eliasz: „Panie, zabierz duszę moją do siebie!“ A jako odpowiedź usłyszał znowu: „Jeszcze daleką masz drogę'“ W tym czasie został odwołany z powrotem do Włoch. Trzydzieści lat jeszcze musiał czekać i modlić się i cierpieć, zanim Bóg dobry
i sprawiedliwy, który wynagradza cnotę, zabrał go do siebie. Był to rok 1271, kiedy dusza jego piękna uleciała w szczęśliwość rajską. Papież Pius VII potwierdził cześć oddawaną Błogosławionemu.
Błogosławiony Jan odznaczał się przy swojej działalności duszpasterskiej cnotą łagodności i cierpliwości, przez co jego praca uwieńczona była zawsze dobrymi wynikami. Jako przeło żony i poddany, w podróży czy chorobie zawsze był taki sam spokojny i cierpliwy. Ta cnota była tajem nicą jego trwałego wpływu na dusze współbraci i bliźnich. Za Boskim Mistrzem mógł powiedzieć: „Uczcie się odemnie, bom jest cichego, łagodnego serca“. Czy nie mógłbyś się i ty uczyć od błogosławionego Jana?
Z łagodności płynie wiele korzyści. „Język łagodny złamie twardość“ (Przyp. 26. 15). Święty Franciszek Salezy powiada: „Jedną kroplą miodu więcej chwycisz much niż beczką octu“. Rządzić stanem oblężenia nie jest sztuką; ale serca, z których tchnie do nas miłość, można stworzyć tylko łagodnością. Łagodność budzi zaufanie a zaoszczędzi nam niejednokrotnie rozdrażnienia.
Łagodnością zaskarbimy sobie wielką nagrodę. Zbawiciel Boski powiada: „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię“ (Mt. 5. 4), to znaczy ziemię obiecaną, królestwo niebieskie. Przez łagodność błogosławiony Jan doszedł do świętości i zażywa czci błogosławionych a innym również utorował drogę do doskonałości. Łagodnym towarzyszy zawsze szczególniejsze błogosławieństwo, bo w nich widzi Bóg swoje odbicie. Słuszne jest zatem napomnienie Ducha świętego: „Synu, w cichości zachowaj duszę twoją a miej ją we czci według godności jej“ (Sir. 10. 31)
Głos Św. Franciszka, 1938, R. 1[13], No 4, str.106-108