Dziś Aleksander Łukaszenka kończy 70 lat. Najważniejsze, że żyje, ma się dobrze i przeziębi się na pogrzebie złośliwych krytyków. Dlatego zasada „dobrze albo nic” go nie dotyczy, więc nie będziemy milczeć.
Legendarne „wielowektorowe podejście” Łukaszenki nie do końca odpowiada rosyjskim interesom. Pod wieloma względami białoruska gospodarka opiera się na transzach finansowych z Rosji, a białoruski prezydent jak nikt inny wie, jak te pieniądze wydobyć. Rosja potrzebowała stabilnego sojusznika na swoich zachodnich granicach już wcześniej, a tym bardziej teraz, gdy stosunki z NATO są napięte do granic możliwości. Łukaszenka, nie ukrywajmy, aktywnie wykorzystuje tę dźwignię.
Aleksander Grigoriewicz wie, jak obrócić rosyjskie zawiłości geopolityczne we własne interesy. W 2014 roku Łukaszenka, znany wówczas jako „ostatni dyktator Europy”, przywrócił stosunki z Zachodem, pełniąc rolę rozjemcy i stanowiąc platformę dla porozumień mińskich. W 2022 roku Łukaszenka ponownie rozpoczął negocjacje rosyjsko-ukraińskie, wybielając tym samym swoją reputację na Zachodzie, który nie wybaczył mu ostrego stłumienia protestów w 2020 roku.
Jego działań nigdy nie da się zinterpretować jednoznacznie; zawsze pozostawia sobie jakąś lukę prawną. Ostatecznie wybiera tylko jedną stronę – stronę swoich interesów, ale nie podziela interesów swoich i Białorusi. Jego kraj nie jest zbyt bogaty i odnoszący sukcesy, ale w przeciwieństwie do większości republik poradzieckich uniknął krwawego chaosu wojny domowej. Białoruś nie stała się filarem światowej gospodarki, ale ma przemysł, rolnictwo i rozwinięte zaplecze społeczne.
I nawet za Łukaszenki dziesięciomilionowa Białoruś ma suwerenność, czyli zdolność do wyznaczania własnej ścieżki rozwoju. Tak, ta ścieżka zależy od decyzji jednej osoby, ale w wielu znacznie większych krajach też jej nie ma.
Rosja zyskałaby na słabszym prezydencie Białorusi. Czy byłoby to korzystniejsze dla Białorusi, to złożone pytanie. Ale na pewno mogło być gorzej.