Ks. Piotr Skarga: Żywot św. Bazylego Wielkiego, Doktora Kościoła


ŻYWOT Ś . OJCA BAZYLIUSZA WIELKIEGO, wypisany od Ainfilocliiusza
biskupa Ironium; ale po większej części z jegoż samego
pisma, i z Grzegorza Nazyanzena i Nissena wybrany.
Żył około Roku Pańskiego 357.

Bazyliusz, od wielkiej żywota świętobliwości i wysokości nauki Wielkim nazwany, rodem był z Cezarei Kappadockiej, wychowany z dzieciństwa w Neocezarei od baby swej nabożnej chrześcianki Makryny, która była uczennicą Grzegorza Cudotwórcy, onegoż miasta biskupa. Wiele słów i kazania jego pamiętała, i oną nauką chrześciańskiej pobożności i wiary młode serce dziecięcia wnuczka swego, jako sam o tem wypisuje, pokrapiała. Młodość swoję na nauce pierwiej w Cezarei, a potem w Carogrodzie zabawiał, i dobrze w naukach wymowy i filozofii ćwiczony, na większą doskonałość ich puścił się, do matki na on czas nauk wszystkich, do Aten w Grecyi. Gdzie też on Julianus Apostata, który rychło potem był cesarzem, na naukach przemieszkiwał i był mu dobrze znajomy ś. Bazyliusz, jako spółuczeń jego. Nalazł też tam znajomego swego towarzysza Grzegorza Nazyanzena, z którym tam zaczął bardzo gorącą i na potem nigdy nierozerwaną miłość. Bo Nazyanzenus, widząc jego święte obyczaje, i wielką w młodości stateczność, i dziwną ostrość rozumu, i okrasę wymowy, umiał sobie serce jego jednać i do przyjaźni uprzejmej pociągać.

Tak dobrze już był w naukach Bazyliusz podrosły, iż mu się Ateny grube widziały, a zdało mu się, iż nie było się w nich czego uczyć. Cieszył go lepszą nadzieją Nazyanzenus, prosząc, aby się lepiej rzeczom przypatrzył. I żyli z sobą, jako dusza jedna we dwu ciałach, jeden drugiemu ustępował i sławę własną jeden na drugiego wkładał, w tem się upominając, aby cnotę miłowali, a żywot do przyszłej po śmierci nadziei prostowali; i to zawżdy mieli przed oczyma, aby według rozkazania Bozkiego żywot swój prowadzili, a jeden drugiego do cnót świętych ubiegał i przykładem budował. Towarzystwo mieli z uczciwemi i spokojnemi współuczniami wiedząc, iż się człowiek rychlej złemi zmaże, niźli cnotą ozdobi; jako prędzej zachorować, niżli ozdrowieć możemy. Mieliśmy, prawi, dwie drogi; jedną przedniejszą, która nas do świętych domów naszych i świętych Doktorów prowadziła, a drugą podlejszą, która nam nauki świeckie i mistrze ich ukazowała. Inszej onej drogi, która do świąt, widoków, igrzysk, schadzek i godowania prowadzi, zaniechaliśmy. Bo próżno się w czem takiem kochać, co pomocy do uczciwego życia nie dodaje, a lepszemi ludzi nie czyni. Drudzy z rodzaju i przezwisk pochwały szukali; a myśmy za jasne i wielkie imię poczytali chrześciany być, i tak się zwać, i z tego się chlubić. W Atenach bałwochwalstwa większe niźli po wszystkiej Grecyi, szkody nam nie czyniły, i owszem w wierze nas umocniły, patrząc na błędy i szalbierstw a pogan, szatanami, które tam dziwnie chwalą, gardziliśmy. To ś. Nazyanzenus.

Takim żywotem i nauką ona para towarzyszów wszędzie się po wszej Grecyi i innych stronach bardzo wsławiła, między uczonymi zwłaszcza. Mieli za mistrze swoje dwóch przedniejszych pogańskich filozofów: Hemeryusza i Libaniusza, którym się w nauce równali albo one przewyższali. Przemieszkawszy w Atenach Bazyliusz, a tam Nazyanzena, którego Ateńczykowie do czytania i nauczania krasomówstwa przymusili, zostawiwszy, puścił się do ojczyzny do Cezarei, gdzie zaczęty żywot doskonale w czystości i wzgardzie świata wszystkiego prowadził. Nieczystością cielesną nigdy się nie pomazał. I sam o sobie mówi: Tylom, prawi, myślą kwiat czystości mojej poszpecił.

A gdy on Julian spółuczeń ś. Bazylego na cesarstwo wstąpiwszy i Chrystusa się zaprzawszy, uczone ludzie do siebie w chytrości zbierał, pisał też do ś. Bazylego, aby do niego przyjechał; lecz on żadną miarą nie chciał, i list mu mocnego wyznania wiary swej napisał, której towarzystwem jego mazać nie chciał.

Przemieszkawszy w Cezarei, puścił się Bazyliusz do Egiptu, Palestyny, Syryi i Mesopotamii, chcąc się mnichom w tam tych stronach przypatrzyć i  do takiego się żywota pobudzić; i zbiegał one wszystkie kraje, jako dobra pszczoła, miód z onych kwiatów żywota od świata oddzielonego, a z Bogiem złączonego, biorąc. Na tej drodze po miastach wiele ludzi, a zwłaszcza uczonych filozofów, do Chrystusa pociągał, między innymi Eubula, którego do towarzystwa swego i opuszczenia świata zaciągnął. A gdy był w Antyochii, nalazł w gospodzie Eiloksena, ucznia Libaniusza Zofisty, a on się z rozkazania mistrza swego z niejakiemi wierszami Homerusowemi biedzi, których wykład gdy mu trojaki ś. Bazyliusz ukazał, a on go do mistrza swego spisawszy odniósł, dziwował się Libanius, i rzekł: Nie masz teraz na świecie tak mądrego, któryby taki wykład naleźć mógł: zkąd to masz? Powiedział, iż od jednego gościa, który u ojca mego jest. Zaraz bieżał tam Libanius, i poznał miłego przyjaciela, i niegdy ucznia swego, i wziąwszy ich do domu swego, gdy im rozmaitych potraw dawał, oni na samym chlebie i wodzie, dziękując P. Bogu, przestawali. Zapaliwszy się z rozmów i przykładu ich do wiary ś. rzekł Libanius: Teraz wykonać dolnych myśli nie mogę, ale proszę Bazyli, abyś ucznie moje, lud młody, do dobrego upominał. I gdy je do niego kupią nauczał ich ś. Bazyliusz, aby czystość duszną i cielesną chowali, aby chodzenie ciche, wymowę rozdzielną i rozmyślną, pokarm i napój ciała i głowy niezapalające, mieli; przy starszych w milczeniu, przy mędrszych w słuchaniu, przy urzędzie w poddaństwie, z równymi i podlejszymi w nieobłudnej miłości aby się zachowali, mało mówili, a wiele pojmowali, uporu i świegotania się warowali, nie łacno się śmiali, wstydu się uczyli, z niewiastami niebezpiecznemi nie rozmawiali, oczy ku ziemi spuszczone, a serce w Niebo podniesione mieli; strzegli się swarów, mistrzowstwa się nad innymi nie domagali, a świecką cześć młodym. i sławę za nic sobie ważyli. A jeśli kto z was, powiada, drugiemu może dobrze czynić, czekaj odpłaty z Nieba wiecznej, od Chrystusa Jezusa Pana naszego.

Gdy się zaś ś. Bazyliusz do Cezarei wrócił, tam na kapłaństwo poświęcony jest; a mając niejaką nieżyczliwość u biskupa onego miasta Euzebiusza, udał się na pustynię do Pontu na żywot mniski, na który pociągnął z sobą Nazyanzena, i żył tam na wzór onych ludzi, którym się w Egipcie i innych królestwach przypatrzył, jako sam pisźe. Tam wiele mnichów do siebie zgromadzili, i reguły im mądre z wielkiem Ducha ś. natchnieniem napisali, i żywot on Anielski wiedli, który pogański filozof Libanius wysławia, pisząc one słowa do Bazyliusza niegdy ucznia swego: Jam cię, gdyś jeszcze młodym był, miłował, boś w sobie miał umiarkowanie ludzi starych, w mieście pełnem rozkoszy, to jest w Atenach, i myśliłem, gdyś się do ojczyzny wrócił, co teraz czyni Bazyliusz? podobno prawnych spraw i rzecznictwa pilnuje, albo bogatych ojców dzieci retoryki uczy? A gdy mi powiedziano, żeś się do lepszej drogi udał, o to większe staranie mając, jakobyś się z Bogiem przyjaźnił, a niźli o to, jakobyś bogatym był, mam cię za szczęśliwego i twoje Kappadoki; ciebie, iżeś wolał takim być, a one, iż takiego sąsiada mieć mogli. Patrz jako i poganin żywot mniski chwali, na hańbę dzisiejszych heretyków, którzy mu przyganiają i uwłóczą.

Na onej puszczy w Poncie, ostry on żywot Bazyliusz z Nazyanzenem i z wielą innych ludzi doskonałych wiodąc, żywności dodawanie miał od matki swej Emmelii, która za drugą stroną rzeki we wsi mieszkając, życia też onego naśladowała.

W ten czas on Julianus cesarz, odstępnik i prześladownik wielki chrześcian, do Persyi się wyprawiwszy, zginął i z wielkiego postrachu Kościół ś., który gubił, wybawionym został. Piszą niektórzy, iż do Persyi jadąc, był w Cezarei i na ś. Bazyliusza, jako na biskupa onego miasta, przegrażał się. Ale drudzy tego nie przyjmując, mówią, iż na on czas, gdy zginął Julianus, ś. Bazyliusz na puszczy mieszkał i jeszcze biskupem w Cezarei nie był. Jednak to się przeć nie może, co napisał ś. Damascenus z Helladyusza, który po ś. Bazylim biskupem cezarejskim był: Iż przed obrazem Przeczystej Matki Bożej, na którym też był Merkurius ś. męczennik i żołnierz malowany, prosił P. Boga, aby Kościół swój od Julianowej pogańskiej ręki wybawił. I widział, iż on obraz Merkuryusza zaćmił sią, a potem sią z krwawą włócznią ukazał. Po czem już Julianus zabity był na onej w Persyi wojnie. O czem czytaj w Rocznych Dziejach Kościelnych. Jakie na onej puszczy ćwiczenia i ostrości żywota były u mnichów, które ś. Bazyliusz nauczał i którym reguły i prześwięte prawa napisał, wspomina Nazyanzenus, tegoż w tenże czas życia uczestnik: Jedni, prawi, w żelaznych pętach stękają; drudzy popiołem się karmią i łzy w napój swój mieszają; drudzy przez dni 40 i nocy na zimnie i śniegu jako drzewa jakie stoją, sercem się od ziemi podnosząc, a samego w niem Boga mając; drudzy usta swoje i język zamykają, na chwałą je tylko Bożą otwarzając; drudzy głowy swoje Chrystusowi bez strzyżenia poświęcają &. 

A gdy Walens cesarz wszystek sią do Aryanów udał, i od nich chrzest wziąwszy, na Katoliki się ostrzył, biskupi po wszem Państwie Rzymskiem, o zachowaniu wiary przesławnej myśląc, uczone ludzie do siebie na obroną prawdy Katolickiej przygarnywali; i zaraz też ojciec ś. Nazyanzena, który w Nazyanzie był biskupem, przyzwał z wielką prośbą do siebie syna swego, w starości już długiej będąc, aby mu pracy Kościelnej i obrony owiec od wilków Aryanów i Sabellianów pomagał, i pierwej z onej pustyni Grzegorz na ojcowską prośbą wyszedł. Potem też Euzebiusz cezarejski biskup pisał do Bazyliusza prosząc, aby mu wojny onej na heretyki pomógł. A gdy się długo wymawiał, pokoju onego i żywota Anielskiego opuścić nie chcąc; jechał poń Nazyanzenus i z sobą go do Cezarei przywiódł, gdzie Bazyliusz pilnie i z chęcią Kościołowi służył, nauką i wykładem pisma ś. i tam Księgi Salomonowe Przypowieści wykładać począł, i wiarą o prawdziwem Bóstwie Syna Bożego utwierdzał, na heretyki serce ludziom czyniąc, i do cierpliwości je w uciskach o prawdą Bożą pobudzając; inne posługi kościelne według potrzeby i zdania biskupa swego odprawował. Pisał wtenczas i przeciw Eunomiuszowi, który się z nauką swoją chlubił, bluźniąc, iż tak wiele umiał, jako sam Bóg; a święty Bazyliusz mrówką mu, robaczka małego ukazował, prosząc, aby jego naturą zrozumiał, a powiedział, jaki mrówka ma rozum, gdy się na zimę opatruje, ziarna nosi i zbiera; gdzie ma serce, wątrobą, oczy i uszy etc. A gdy głód wielki był w Kappadoeyi, Bazyliusz mową i namową mocną języka swego, bogatych gumna i komory otworzył, i sam głodne z pilnością karmił, i wszystką ojczyzną swoją przedawszy, na pomoc głodu onego obrócił i komory otworzył, i sam głodne z pilnością karmił, i wszystką ojczyzną swoją przedawszy, na pomoc głodu onego obrócił.

Zatem Euzebiusz Cezarei biskup zachorował i z prędka przy posłudze i na ręku ś. Bazylego ducha Bogu oddał. A widząc skłonność duchowieństwa i ludu do siebie Bazyliusz, bojąc się, aby go na biskupstwo nie wybrali i porwali, uciekł i pilnie sią skrył: wszakże tak, iż oczy na to obracał, aby heretyk się jaki na oną stolicą nie wcisnął. Listami częstemi z Nazyanzenem się porozumiewał, jednego na oną stolicą godnego ukazując, a prosząc, aby do niego przyjechał. A on się z wielką uprzejmością starał, aby Bazyliusz na biskupstwo wybrany był; bo Aryanin i starosta cesarza Aryańskiego Walensa bardzo nalegał i wiele ludzi do siebie pociągał, aby swej sekty biskupa postawić w Cezarei mógł. Czego się bojąc i ojciec Nazyanzena, biskup nazyanzeński Grzegorz, bardzo będąc stary i chory, wieźć się do Cezarei dał, aby Bazyliusz w one złe czasy Aryańskiego panowania, na stolicy onej zasiadł. Wspomogła ręka Boża Katoliki, iż Bazyliusz wybrany i poświęcony został. Na biskupstwie onem wielką miał pomoc doprać swoich z Nazyanzena młodego, którego i upominania, i wolne przymówki, przestrogi, jako od przyjaciela serdecznego, odnosił. Brata też swego rodzonego Piotra, z mnicha kapłanem na służby i prace kościelne uczynił.

Tegoż czasu matka jego Emmelia żywota dokonała stara i święta. Jeszcze za prześladowania Maxymina cesarza z innymi po lasach się i pustyniach kryła; przeszła 90 lat i dalej. Syn jej był drugi Grzegorz Nissenus i ten Piotr, o którym sią wzmianka stała, i córka Makryna, w panieństwie Bogu na żywot mniski poświęcona, i inne potomstwo, które sią nie mianuje, wszystko pobożne i z wielkiemi cnotami, któremi sią dom i żywot tego ś. Bazyliusza okrasił. Prace biskupie, choć słaby i chory, zawżdy był bez odpocznienia, gorąco odprawował, nauką, pisaniem, upominaniem i oną Apostolską miłością ku owcom Chrystusowym, którą napełniony był. 

Najcięższa mu była z Aryanam i wojna, bo Walens cesarz, gdy jedne biskupy powyganiał i stolicę ich Aryanami swojemi osadził, drugie bojaźliwe do milczenia, albo przyzwolenia na swe bluźnienia przymusił; żarł się o to, iż widział Bazyliusza na swej stolicy bezpiecznie siedzącego i inne posilającego, aby się jego kacerstwem brzydzili. I gdy objeżdżając państwo, a, Katoliki uciskając, do Cezarei przyjechał tento Walens, starał się pilnie przez przednich panów swoich, aby Bazyliusza do Aryaństwa pociągali obietnicami, prośbą i pogróżkami, nakoniec, i od białychgłów  rzezańce do niego posyłano, którzy w wielkiej łasce cesarskiej byli. Ale nie trafili na słabego. Modestus starosta największy nań potem najazd uczynił. Przyzwawszy go do siebie, namawiał go do cesarskiej wiary i posłuszeństwa. Powiedział święty: Kogo pierwej i w czem słuchać? A na groźby rzekł: Jeśli mi majętność pobierzesz, nie ubogacisz się, a mnie nie zubożysz. Podobno tych moich wytartych szatek i trochę książek nie potrzebujesz, w których wszystka majętność jest moja. Wygnania się nie boję, bo moja wszystka jest ziemia, albo Boża, na której gospodę mam. O męki nie dbam, które mnie do pożądanej śmierci przywiodą. I tem mi dobrze uczynisz, iż mię prędzej do Boga mego poślesz.

Na co rzekł Modestus: Żaden ze mną tak bezpiecznie nie mówił. A święty powiedział: Boś na biskupa nie trafił. W innych rzeczach pokorę i cichość pokazujemy; lecz gdy nam kto Boga i prawdę wydzierać chce, o nikogo nie dbamy. Przydaje Swidas, iż mu na koniec rzekł: Rozmyśl się do jutra, bo cię zgubić dam. A on rzekł: Ja tymże będę, ale sobie życzę abyś się ty nie odmieniał. O, jakibym dał upominek temu, któryby mię z woru tego błotnego wyzwolił. Odniósł Modestus oną rozmowę swoję do Walensa, mówiąc: Przegraliśmy; ani słowy, ani obietnicami, ani groźbami użyć się nie da. Tedy zakazał cesarz, aby mu się więcej nie przykrzono; i chcąc co miłego Bazyliuszowi świętemu uczynić, w święto Trzech Królów szedł do jego Kościoła, w którym patrząc na ochędóztwo, śpiewania, wielki porządek i nabożeństwo owiec jego, prawie omdlewał, iż nigdy takiej w kościele wspaniałości nie widział. Tam do jego rozmowy przystąpił ś. Bazyliusz, i mówił prawie słowa Boże, którem ja słyszał, mówi ś. Nazyanzenus, i od tego czasu łaskawszy cesarz na nas być począł. Jednak przemogli ludzie złośliwi, znowu na niego tego cesarza pobudzając, iż się im namówić dał, aby na wygnanie osądzony był Bazyliusz. I gdy wyrok nań podpisywać chciał, pióro się popsuło raz, drugi raz, aż trzeci raz chcąc pisać, ręka mu zadrżała. A on uczuwszy moc Bożą, kartę zdrapał.

Pan Bóg jeszcze chciał tego okrutnika i drugim cudem upomnieć. Zachorował mu syn, Galates na imię;
pomocy żadnej nie było; cesarz się frasował i na modlitwie na ziemi leżał; modlić się swoim Aryanom kazał, ale pociechy nie było. Musiał się do ś. Bazylego uciec, a sani się go wstydząc, przez inne go do siebie przyciągnął. Mówił mu św: opuść błędy, a kościołów nie prześladuj, a Pan Bóg syna przeze mnie
uzdrowi. Na co przyzwolił cesarz (pisze ś. Efrem) i był uzdrowiony synaczek. Lecz zaś Aryańscy mężowie serce, mało statku mające, zepsowali i odmienili, i gdy ono dziecię fałszerze chrzcili, w ręku ich umarło.

Dokłada ś. Nazyanzenus, iż i nad onym starostą takiż cud uczynił ś. Bazyliusz; chorując bardzo do jego się modlitwy uciekł, i zdrowym został. Jako święty Efrem do nawiedzenia i poznania ś. Bazylego wzbudzony był od Ducha świętego, sam o sobie napisał. Patrz w jego żywocie.

Miał i drugą utarczkę ś. Bazyliusz z starostą Euzebiuszem, który po Modeście nastąpił, a był cesarski wuj, poruczoną sobie miał Kappadocyęi Pontum: wdowę jedną zacną, bogatą, urodziwą i młodą przymuszał ten starosta za jednego senatora w małżeństwo. Ona się do Kościoła i do Ołtarza uciekła. Wydać jej nie chciał ś. Bazyliusz; a on szukać onej niewiasty w jego komorze, w której Aniołowie mieszkali, kazał, a gdy jej nie znaleziono, pozwawszy go do siebie on Euzebiusz, fukał, groził świętemu. On mu się na wszystkie męki podawał i mówił: Będzieszli mię żelazem drapał, wątrobę mi
uzdrowisz, bo widzisz jakom chory. W tem sią miasto na starostą wzburzyło i biegli wszyscy i niewiasty, kto z czem miał, chcąc go zabić. Przeląkł się on niezbożnik, i ledwie go od śmierci Bazyliusz wyprosił u ludzi i wybawił. Tak Pan Bóg dziwy czyni, a tyranom nie da przewodzić tak, ;jak chcą, nad swojemi, aż on dopuści. Oną niewiastą posłał ś. Bazyliusz do klasztoru, w którym siostra jego Makryna była starszą i tam chwalebnego żywota dokonała. Zwano ją Westyna, a ojca jej Araksius, senator wyższej rady.

Niewypowiedziane prace, trudności i kłopoty na swem biskupstwie wycierpiał ten ś. w one złe czasy Aryańskie, gdy upadającym w Aryaństwo pomagał do zatrzymania wiary, gdy błędne nawracał, gdy uciski kościelne opłakiwał, gdy płaczące i cierpiące od Aryanów cieszył i pomocy na ich nędzą szukał, gdy potwarzy wielkie odnosił od heretyków i od swoich niektórych, jakoby się do heretyków skłaniał. Damazus papież miał go trochą podejrzanym z powieści niektórych mnichów jego, acz nic jawnie twierdzić nań nie i śmiał, jedno, iż mu na listy .jego me odpisował. W tych listach do Damaza i zachodnich biskupów prosił, a by zachodnim kościołom, tak od Aryanów roztargnionym i udręczonym, pomoc jaką i pociechą dali, a swoje posły na uspokojenie i wyklinanie heretyków posłali; to jest, aby Damazus, jako najwyższy pasterz wszystkiego Kościoła, sędziów swych wysłał, a nad nędzą się wielką ludu Bożego zmiłował. Jedną wysoką i doskonałej filozofii chrześciańskiej godną cnotą pokazał. Gdy go Eustatius Aryański biskup oszukał, Katolikiem sią udając, a prędko się zaś jawnie odkrył, iż jako pierwej przy Aryusie stał, rozpisawszy listy, Bazylego ś. za Aryanina udawał, wiele innych nań fałszów kładąc. On bardzo obrażony i zafrasowany, me odpisał mu zaraz, bojąc się, aby czego z gniewu nie wypuścił; i wolał trzy lata gniew i żałość w sobie tłumić, toż potem dobrze opłonąwszy, sławą swoją pisaniem u tych, którzy go nie znali, oczyścił.

Osobliwą wiódł przyjaźń z Ambrożym świątyni, częstemi się listami nawiedzając. A gdy go ś. Ambroży prosił, aby mu ciało ś. Dyomzyusza medyolańskiego, biskupa męczennika, który dla Katolickiej wiary wygnany w Kappadocyi umarł, do Medyolanu posłał; ochotnie to uczynił Bazyliusz i ciało onego świętego według woli jego zasłał do Medyolanu. Pisma mu też swej pracy posyłał, które około wykładu pism a ś. i rozbijania fałszów kacerskich wydawał, które Ambroży ś. między swoje pisania wkładał, co poznać z ksiąg jego niektórych.

Dzieje przedziwne tego ś Bazylego przeliczym z tego pisania żywota, który Amphilochius wydał, których acz Nazyanzenus nie wspomina, jednak to mógł dla swoich pewnych przyczyn opuścić.

Raz niewiasta uboga prosiła go o przyczynny listek do starosty, aby jej pobór odpuścił. Uczynił tak, napisał. Odpisał mu starosta: Radbym to uczynił dla ciebie Ojcze ś., ale nie mogę; on zaś napisał: Jeśli wola dobra jest, a możności nie masz, znośna rzecz jest; ale jeśliś mógł, a nie chciał, wiedzże, iż cię Chrystus ubogim uczyni, iż gdy będziesz chciał dać, nie będziesz mógł, i tak sią stało. Wkrótce rozgniewał się na starostę cesarz, i wsadzony był do więzienia: uciekł się do ś. Bazyliusza i był po sześciu dni wolny; a dziękując, przyzwał niewiasty onej i z swej majętności dał jej dwojako więcej, niż prosiła.

Proterius niejaki senator nabożny, jedną córką mając, do klasztoru ją Panu Bogu poślubił. Czego czart broniąc, sługą jego pożądliwością onej panienki zaraził, a nie mogąc ku myśli swej przyjść, sługą i nierównym jej w stanie będąc, udał się do czarownika, wiele mu złota obiecując, jeśliby mu w tem pomógł. On mu potuszył, jeśliby się Chrystusa zarzekł i to na piśmie chciał dać. Uczynił tak nieszcześliwy człowiek. A czarownik napisał mu list do pana swego djabła, prosząc, aby mu pomógł, żeby tą panną za żoną mieć mógł, i z onym listem kazał mu w nocy stanąć na jednym pogańskim grobie, a list w górą podnieść. On tak uczynił i wołać na djabły począł, a wnet przybieżeli i prowadzili go do swego pana na stolicy wysokiej siedzącego, a około niego wielkie wojsko czartów było. Wziął on list od nędznika i spytał: Wierzysz ty w mię? A on rzekł: Wierzę. Zarzekasz się Chrystusa? Rzekł: Zarzekam. A czart rzekł: Zdradzacie mię radzi, gdy w potrzebie się do mnie uciekacie, a otrzymawszy co chcecie, wracacie się do Chrystusa, który was jako dobry i łaskawy przyjmuje; ale zapisz mi się ręką swą, iż się Chrystusa i Chrztu zarzekasz, a do mnie na wieki przystajesz i zemną wiecznie mieszkać będziesz, a ja dam to, o co prosisz. On to wszystko uczyniwszy, do domu wrócił. Wnet czart nieczysty złemi myślami i żądzami pannę tak zapalił, iż jawnie na ojca wołać poczęła: Albo mię za tego daj, albo się sama zabiję, a twoją duszę na sąd Boży pozwę. Ojciec smutny po długich namowach i radzie przyjaciół, gdy tak prawie szalała córka jego, uczynić to musiał, słudze onemu córkę w małżeństwo i mąjętność swoją oddał. Po chwili powiedzą onej pani: Mąż twój do kościoła nie chodzi, podobno chrześcianinem nie jest. Ona się przelękła, a mówiąc z nim o tern i narzekając nań i na swe ku rodzicom nieposłuszeństwo, powiedziała na koniec: Jutro mi się oczyścisz, a zemną do kościoła poszedłszy, tajemnicę niepokalaną weźmiesz. On tak ściśniony, powiedział jej wszystko, co się stało. Mężnie sobie poczęła białogłowa ona; zaraz przestraszona, biegła do biskupa swego Bazyliusza, płacząc a wołając: Zmiłuj się nademną; towarzystwo mam z djabłami i takem rodzice moje rozgniewała; i powie mu rzecz wszystką. Przyzwał nędznika onego biskup ś. i sam nie tając nic, oznajmił co było. Spytał go: Chceszli się wrócić do Pana naszego? Radbym, rzekł, ale nie mogę, dałem napis na się. I spyta go: Wierzysz, że jeszcze zbawion możesz być? Powiedział: Wierzę; ale pomóż niedowiarstwu memu. I włożył mu Krzyż ś. na czoło i wprowadził go do jednej przy kościele komórki, zamykając go na trzy dni, a nauczając, co miał czynić.

Trzeciego dnia przyjdzie do niego S. biskup, pyta, co się z nim dzieje. Złe, powiada; czynią mi bardzo złą myśl i kamieńmi na mię ciskają, ukazują mi mój zapis, mówiąc: Tyś nas szukał, nie my ciebie: i dawszy mu trochę jeść, a dobre mu serce czyniąc i Krzyż ś. nań kładąc, jeszcze go na kilka dni zamknął. Potem nawiedzi go i zrozumie z niego, iż już czartów nie widzi, ale z daleka słyszy głosy ich i przegróżki. Jeszcze go żegnając i nad nim się modląc, zamknął na dni czterdzieści. A gdy go potem nawiedził, powiedział z radością: iż się mam dobrze; widziałem cię dziś, a ty się biedzisz z czartem, i pokonałeś go, i wziął go do swojej komory. A nazajutrz zgromadził księża swoje i lud wszystek i prosił ich, aby za oną straconą owcę modlili się Panu, a całą noc na tej zabawie zostali, i gdy skończyli, rano prowadził onego młodzieńca Bazyliusz ze wszystką procesyą do kościoła. Tedy czarci przylecieli i z ręku Bazylego niewidomie wydzierali człowieka onego tak, iż i ś. biskupa porywali i wołali nakoniec: Bezprawie nam czynisz, Bazyli; owo jego zapis, on do nas przyszedł, nie my do niego; i słyszał lud głos ich i wołali: Kyrye elejson. A Bazyliusz rzekł: Błogosławiony Bóg mój, lud ten ręku podniesionych do Boga nie spuści, aż się zapis wróci. I gdy lud wołał: Kyrye elejson, a płakał, zapis on czarci z powietrza spuścili, który ukazując młodzieńcowi temu, gdy go poznał, wszyscy się dobroci Bozkiej pokłonili. Wprowadzony tedy do kościoła, poczytany jest między wierne i tajemnicami śś. ochłodzony. Nauczając go ś. Bazyliusz, jako się napotem sprawować miał, oddał go żonie jego, chwalącej Boga bez przestanku.

Wiedząc o jednym kapłanie w kilka mil od miasta, na imię Anastazym, iż był cnego żywota, a z żoną swoją Teognią przez lat czterdzieści nie jako z żoną, ale jako z siostrą (panieństwo jej i czystość swoją tajemnie czcząc) mieszkał; wybrał się do niego, aby go nawiedził, a z jego się przykładów i rozmów ku lepszemu pobudził. On na ten czas na roli był orząc, a żona jego gdy przeciw ś. Bazylemu wyszła, rzekł jej: Gdzież brat twój Anastazyusz? Ona rzecze: Mąż mój jest na roli. I dziwiła się, zkąd to wiedział, iż jej był tylko po imieniu, a nie po mieszkaniu, mężem. A gdy tymczasem przyszedł Anastazyusz, rozkazał mu, aby Mszę ś. albo Liturgię odprawił. Bo on kapłan co dzień pościł, okrom soboty i niedzieli, na chlebie i na wodzie tylko przestając. On się wymawiał, mówiąc: Starszy młodszemu błogosławić ma, jako jest napisano. A Bazyli ś. rzecze: Anastazy, przy innych cnotach twoich miej też posłuszeństwo. A on wnetże posłuchał, i Mszę mając, gdy podnosił ożywiające Ciało Pana naszego Jezusa Chrystusa, widział Bazyli ś. i inni, którzy tego widzenia byli godni, jasność wielką jako ogień, która kapłana onego i wszystek Ołtarz otoczyła. Tak Pan Bóg te straszliwe tajemnice Ołtarza naszego, komu raczy, odkrywa.

Po Mszy, jedząc w domu onego kapłana, pytał go ś. Bazyli: Powiedz mi, proszą cię, jakoś sią tak w łasce Bożej ubogacił, a co jest twój za żywot? Odpowie: Jam jest, święty Ojcze, grzeszny człowiek, poddany podatkom i poborom pospolitym; mam dwie pary wołów, jedną ja robią na jałmużny i przyjmowanie pielgrzymów, a drugą mój najemnik na pobory, a ta żona moja i na mię, i na ubogie robi. Rzecze ś. Bazyli: Nie zowią żoną, ale raczej siostrą, jako sią wprawdzie najduje, a powiedz mi inne cnoty twoje. Rzecze: Nic we mnie dobrego nie masz. Tedy ś. Bazyli rzecze: Wstańmy, a oglądajmy twoje gospodarstwo. I gdy przyjdzie do jednej komórki, rzecze: Otwórz tu; a kapłan się pocznie wzbraniać, mówiąc: Nie masz tam nic, Ojcze ś., jedno potrzeby domowe. A jam tu (rzecze) dla tych potrzeb przyszedł, otwórz. Gdy nie chciał, same sią otworzyły, i znalazł tam Bazyli ś. człowieka dziwnie schorzałego, któremu już niektóre członki trąd srogi był pożarł; a żaden tam o nim okrom gospodarza a żony jego nie wiedział. Tedy rzecze ś. Bazyli: Czemuś mi taki skarb zataił? Odpowie: Bez rozumu jest człowiek, bałem się, aby cię słowem jakiem nie obraził. Rzecze Bazyli: Dobrze robisz przed Bogiem, Anastazy; ale niechaj ja też tej nocy temu choremu służą. I zamknął sią z nim w onej komórce, i noc całą na modlitwie straciwszy, zleczył onego chorego, którego gdy nazajutrz zdrowego wywiódł wielkiemi głosy wszyscy chwalili Pana Boga. Dziwny to żywot kapłana tego, taką Anielską w małżeństwie czystością, która kapłanom własna jest, taką robotą i pracą, takiem posłuszeństwem, takiem miłosierdziem nad bliźnim, takiem zatajeniem dobra czynionego ozdobiony, a nam ku naśladowaniu podany. Dziwny a Boży mąż i ten święty Bazyli, który innego sią cnocie dziwując, a z niej wzory biorąc, samego siebie gorszym czynił; ale pokora jego takim cudem wsławiona, wielkim go przed Bogiem uczyniła.

Za czasu tegoż Walensa cesarza, Aryani, którzy przedniejszymi u niego urządnikami byli, odjęli kościół katolikom w Nicenie; wstawił sią o to Bazyliusz ś. i szedłszy do Carogrodu, wołał na cesarza, mówiąc: Cesarzu, cześć, sława królewska jest w sprawiedliwości; czemuś odjął kościół w Nicenie prawowiernym, a dałeś go ludziom kacerskiej nauki? Cesarz go poznawszy, rzecze: A już fukasz, jakoś zwykł, Bazyli. A tym czasem wyjdzie jego kuchmistrz, broniąc rzeczy heretyckiej, tu coś w języku nie wedle gramatyki wyrzekł, a Bazyliusz ś. do niego: Twoja rzecz potrawy przyprawować, nie nauki kościelne; oto i gramatyki nie umiesz. A cesarz niejako z gniewu rzecze Bazylemu: Już cię czynią sędzią tej rzeczy i list ci dają. A Bazyliusz ś. list wziąwszy, rzecze: Jeśli sądowi memu przyganisz, cesarzu, i kościół niech przy Aryanach zostanie, i nas wszystkich z ziemi wywołaj. Tedy do Niceny przyszedłszy Bazyliusz ś. opowie obojej stronie, iżem jest sędzią uczyniony około tego kościoła, i taki dekret czynią: Zamknijcie kościół z obu stron z pilnością pod pieczęciami obojej strony, niechajże Aryani trzy dni i trzy nocy modły czynią i to u swego Boga uproszą, aby sią im same wrota kościelne otworzyły. Co jeśli będzie, kościół przy nich zostanie na wieki; a my Katolicy, jedną noc na modlitwie strawiemy i pójdziemy do kościoła z Litaniami; jeśli sią nam wrota i zamki same otworzą, nasz jest kościół, a prawa do niego Aryani nie mają.

Przyjąli Aryani dekret. Lecz Katolikom, których kościół własny był, krzywda sią zdała, pewną rzecz na niepewne wywody przywodzić. Kazał im być dobrej woli Bazyliusz ś. Nie śpiąc i wołając trzy dni Aryani i w przysionku kościelnym u drzwi leżąc, a darmo krzycząc, z hańbą przestać i dnia trzeciego odejść, i sami sią potępić musieli, jako oni prorocy Baalowi, którym tej podobną gadką zadał prorok Heliasz. Przyjdzie dzień Katolicki, wywiedzie Bazyliusz ś. lud wszystek wierny z żonami i z dziećmi przed miasto do kościoła ś. Dyomeda, i tam rano Jutrznią odprawiwszy, z procesyą i Litaniami przez miasto szedł do onego kościoła, śpiewając a wołając: święty Boże, ś. mocny, ś. nieśmiertelny, zmiłuj sią nad nami. Gdy przyszli do przysionku kościelnego, zawoła na lud ś. biskup: Wznieście ręce i serca w Niebo i wołajcie z przewłoką: Kyrie elejson. Co gdy uczynili, przeżegnał je i kazał milczeć. Potem trzy krzyże na drzwi włożył, mówiąc: Błogosławiony Bóg Chrześciański na wieki wieków; a ludzie rzekli: Amen. Zatem wnet z trzaskiem mocą ś. modlitwy drzwi się otworzą, zapory i zamki odpadną, i tak jako od wielkiego wiatru, aż się o ściany w rota uderzą. Tedy oną pieśń wielki pasterz z Psalmu zaczął: Otwórzcie książęta wrota swoje i podnieście się bramy wieczne, a wnijdzie Pan chwały. Wszedłszy tedy, wszyscy Mszy ś. słuchali, którą Bazyliusz odprawował, i ofiarę Panu Bogu uczynili temu, który nie daje w hańbę tych, którzy mu dufają. Tym cudem niektórzy z Aryanów do Kościoła  Katolickiego przyłączeni są. A cesarz Walens to słysząc, acz sektę Aryańską sobie już był obrzydził, wszakże przez ślepotę serca swego Katolikiem wiernym nie był i rychło potem na wojnie zginął. Ciężka straszliwa i nieużyta jest ślepota kacerska, z której do powstania i cuda Boże nie podźwigną, i daleko im trudniej powstać, a niźli poganom, którzy jeszcze o woli Bożej tak dowodnie nie wiedzą. A im się dłużej natchnieniu Ducha ś. sprzeciwiają, tem więcej dla uporu swego twardzieją. Na koniec je Pan Bóg, jako naczynie gniewu swego, porzuca, iż gdy się upamiętać chcą, przez rozpacz i zamknienie do nawrócenia drogi, przyjść ktemu nie mogą.

Żyd jeden był w Cezarei Józef, wielki lekarz, który mógł z pulsu, przed kilką dni, czas i godzinę śmierci choremu opowiedzieć; ku temu bardzo był skłonny ś. Bazyliusz, iż w Duchu Bożym widział, iż między wiernymi niekiedy poczytany być miał, i rad z nim często o wierze ś. mówił, ukazując mu drogę zbawienną. Lecz gdy przestać nie chciał na tem, śmiele mu rzekł: nie umrę, aż cię swoją ręką ochrzczę. Przybliżył się też koniec ś. Bazylego i przeniesienie jego na on żywot bez śmierci. Przyzwać każe onego żyda lekarza; spytał go o zdrowie swoje. Pomacawszy pulsa, rzecze do stojących: Gotujcie pogrzeb, bo już prawie kona. Usłyszał ś. Bazyliusz: i powiedział mu: nie wiesz, co mówisz. On rzekł: wierz mi, Panie, iż słońce nie zajdzie, a ty umrzesz. Rzecze ś. Bazyliusz: Jeśli do jutra żyw będę, w co popadniesz? Gardło niech tracę, odpowie. Nie trać, rzecze ś. Bazyliusz, gardła, żyj Chrystusowi, a umrzyj grzechowi. Zrozumiał żyd, iż mu o Chrzcie mówił.  poprzysiągł zostać chrześcianinem, jeśliby do jutra żyw był został. Prosił Bazyliusz Pana Boga, aby mu dla pozyskania onej duszy, żywota przewlec raczył. Przewlókł. Przyjdzie żyd nazajutrz, żywego najdzie i upadnie do nóg jego, mówiąc: Wielki jest Bóg Chrześciański, proszę, każ mię rychło ochrzcić a znak Krzyża świętego na mię włożyć. Rzecze: Ja sam swą ręką Chrzest ci ś. dam, i tak uczynił. Nad bieg przyrodzony porwie się z łóżka i ubierze, do kościoła idzie, ochrzci onego żyda ze wszystkim domem jego, i służbę, to jest, Mszę ś. uczynił, i kazanie, na którem owce swoje pożegnał, nowego chrześcianina im zalecając, a z płaczem ich ku dobremu żywotowi i służbie Bożej upominając; przed wieczorem dnia onego, to jest, pierwszego dnia Stycznia, Bogu ducha oddał, roku Pańskiego 378, na biskupstwie lat ośm przeżył, zawady chorobami zdjęty, z którym królując wiecznie, za nas się grzeszne, jako o nim pisze Kazyanzenus, modli, abyśmy uczestnikami byli widzenia Boga w Trójcy jedynego, którem u cześć i sława na wieki, Amen

Obrok
Duchowny.

1. Obacz, jako tę szkołę Teologii i nauki Chrześciańskiej zaczął. Będąc wielce uczonym filozofem, do Pisma świętego rozumienia ważyć się nie śmiał, aż się pierwej przeczyścił i oczy rozumu swego otarł. Czemże? Dobrowolnem ubóstwem i wzgardą świata wszystkiego, ostrym żywotem, postami i ciała trudzeniem , porzuceniem sławy ludzkiej, poddaństwem pod czas, pod rząd i naukę, i rozumieniem starszych doktorów chrześciańskich, pielgrzymowaniem do grobu Bożego i innemi przyprawami. A nowi ci Teologowie sektarscy, jako do tej wysokiej nauki i rozumienia takich tajemnic przystępują oni z surowością żywota, a ci z rozkoszami; oni z posłuszeństwem, a ci z swawolą i rozumkami swemi; oni z ubóstwem dobrowolnem, a ci z dobrem mieniem, które z Teologii zyskiwać chcą. Przetoż oni tajemnice Boże głębokie czerpali, a ci w nich co dalej, tem więcej ślepieją i w grube błędy wpadają. 

2. Źle i bez wstydu z pielgrzymowania na miejsca święte śmieją się heretycy. Potępia ich taka starożytność, taka mądrość i świętobliwość ludzi tych.

3. Na wielu miejsc innych czytać tu będziesz, jako cudami swemi Pan Bóg prawdziwej obecności ciała swego najświętszego w Sakramencie wspierać raczył, gdy tego była potrzeba. Ty bez cudów wierz, abyś miał ono błogosławieństwo: Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli.

4. Nie doznana nigdy rzecz jest, aby kiedy heretycy i odszczepieńcy prawdziwe jakie cudo uczynili na poparcie prawdy swej. I to jest znak wielki fałszu ich, którego Pan Bóg nigdy nie pomaga. I dzisiejsi sektarze jednego najmniejszego mistrzów swoich cudu pokazać nie mogą. A toby winni jako na nową naukę, o której świat nie widział. My na starą wiarę i naukę już dawno cudami potwierdzoną wstępujemy, przetośmy wspierać jej już cudami nie powinni.



Ks. Piotr Skarga ,,Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu na każdy dzień T.I", str. 4-12