13. Maja.
Żywot świętego Jana, biskupa, zwanego Milczącego.
Kościół św. wzywa nas dziś do uroczystego obchodu pamięci jednego z tych świętych Mężów, którego mądrość Bożka wybrała na to, aby nam dać doznać, do jakiej potęgi dojść może cnota zupełnego oderwania się od złudzeń tego świata. Na tę wielką cześć zasłużył sobie św. Jan, któremu Kościół św. nadał tytuł honorowy ,,Milczącego."
ks. Ojca O. Bitschnau’a ,,Żywoty świętych pańskich podług najlepszych źródeł" str. 424-427
Urodził się święty Jan w roku 454 w Nikopolis w Armenii. Rodzice jego byli majętni i wielkie mieli znaczenie, a przytem odznaczali się głęboką pobożnością i miłością bliźnich. Dzieci starali się wychować w skromności i w bojaźni Bożej, co im obfite przyniosło owoce; wprawdzie nie doczekali się plonu z tego zasiewu, ale dobroć Boga dokonała reszty. Jan, ukończywszy lat 18 życia, został sierotą, a przytem panem wielkiego majątku. Pierwszym jego pięknym i pobożnym czynem było, że w rodzinnem mieście wystawił kościół pod opieką N. Panny Maryi, a przy nim klasztór, do którego sam wstąpił, dobrawszy sobie 10 towarzyszów. Ze stałym zapałem ćwiczył się w pokorze, w odmawianiu sobie wszelkich przyjemności życia, w umartwieniu ciała, a szczególniej w milczeniu. Tylko w szczególniejszych koniecznych przypadkach przerywał to milczenie, ale i wtedy dobierał słów jak najoszczędniej. Towarzysze klasztorni obrali go swoim opatem. Klasztór ten pod jego zarządem wkrótce stał się sławnym na wszystkie strony świata, a imię jego zasłynęło daleko z uczoności. Kiedy umarł biskup Kotoński, uległ św. Jan rozkazom wyższej władzy kościelnej i objął tę godność. Nawet jako biskup był surowym dla siebie sam ego i zawsze milczący, gdzie tylko można było milczenia przestrzegać. Przykładem życia swego pobożnego budził w dyecezyanach cześć dla siebie zjednywał sobie ich serca.
Jednego miał nieprzebłaganego nieprzyjaciela w osobie własnego szwagra Pasinicusa, który wszędzie mu dokuczał i krzywdę wyrządzał, opierał się jego rozporządzeniom, ścigał i prześladował kapłanów i gdzie mógł przywłaszczał sobie majątek kościelny; przez 10 lat używał święty Jan wszelkich sposobów dobroci i łagodności wobec szwagra, ale na próżno. W końcu, zniewolony udać się do cesarza Zenona do Konstantynopola ze skargą na szwagra, uzyskał sprawiedliwość i Pasinicusa odsunięto od wpływu i znaczenia, jakie miał w rządzie cesarskim. Jednocześnie uprosił sobie św. Jan u patryarchy, że mu dozwolono zrzec się godności biskupiej i powrócić do klasztoru.
Mając lat 38 pospieszył do Jerozolimy do klasztoru pod opieką św. Saby i prosił o przyjęcie do grona zakonników. Nikt go tam nie znał, nikomu też nie zwierzył się, kim był. Sabas sądził, że to nowicyusz w życiu zakonnem i przeznaczył go na pomocnika klasztornemu szafarzowi. Ten zatrudniał go najpospolitszemi robotami, każąc mu wodę nosić i drwa rąbać, a Jan święty chętnie to wszystko pełnił. Sabas długo na uboczu śledził postępowanie św. Jana, poczem oddał mu inne obowiązki w klasztorze i nakazał przy tem przyjmować gości i pamiętać o ich wygodzie; i tym obowiązkom poddał się św. Jan z chęcią a opat wkrótce się przekonał, że to jest mąż świątobliwy i na jego prośby udzielił mu na mieszkanie chatki pustelniczej wśród lasu położonej. Tam przebył św. Jan trzy lata, tylko co sobotę i niedzielę udawał się do klasztoru, aby brać udział w nabożeństwie, przyczem pobożność jego wszystkich w podziw wprawiała.
Z tej słodkiej dlań samotności wyrwał go rozkaz Opata, który go ustanowił szafarzem klasztoru, w których to obowiązkach święty Jan cztery lata przetrwał.
Po tym czasie opat Sabas postanowił nagrodzić wierność i pobożność św. Jana tem, że chciał mu udzielić święceń kapłańskich. Aby mu zrobić niespodziankę, wziął go ze sobą do Jerozolimy do patryarchy Eliasza.
Tam dopiero poznał św. Jan o co chodzi, i był z tego powodu w ogromnem zakłopotaniu: on, kapłan od dawna, a nawet biskup, miał być święconym na kapłana! Nie wiedząc jak się wyplątać z tego, iż z pokory zataił godność biskupa, poprosił patryarchy o chwilę rozmowy na osobności i odezwał się do niego: proszę cię, wybaw mnie z tego kłopotu i nie wyjaw nikomu, co ci powiem o sobie, abym nie był zmuszony opuścić klasztoru. Jestem od dawna biskupem kolońskim, ale zrzekłem się tej godności dla grzechów moich. Eliasz usłyszawszy te słowa, powiedział potem Opatowi: mąż ten objawił mi tajemnicę, która nie pozwala mi święcić go na kapłana — jak odtąd tak i nadal będzie milczał, a nikt go niechaj nie niepokoi.
Sabas głęboko zasmucony, że tak doskonały człowiek nie może być kapłanem, prosił Boga ze łzami w oczach i ze skruchą, aby go w tej mierze oświecił. Prośby jego Bóg wysłuchał, albowiem objawił mu się Aniół i rzekł: ,,Jan nie może powtórnie brać na się święceń kapłańskich, albowiem nie tylko jest już kapłanem, ale nawet biskupem i zarazem cichym skarbem twojego klasztoru" Sabas po tem objawieniu
poszedł pełen radości do Jana, objął go w ramiona ze czcią: ,,O Ojcze, jakże słuszny mam żal do ciebie, iż przede mną taiłeś się tak długo, Bóg mi teraz wszystko objawił." Jan św. odpowiedział ze smutkiem: ,,Ojcze, nikt nie miał o tem wiedzieć; teraz zniewolony jestem klasztór twój opuścić, gdy wszyscy dowiedzą się, kim jestem."Sabas prosił go usilnie, aby pozostał i dał mu przyrzeczenie, iż nikomu tajemnicy jego nie zdradzi. Na to zapewnienie zamknął się Jan święty znów w swej celi, i nie wyszedł z niej przez cztery lata ani na krok, nie powiedziawszy słowa do nikogo.
Ciężkie nieszczęście nawiedziło klasztór. Nieposłuszni zakonnicy pod pozorem, że zbyt ostro ich traktowano, wypowiedzieli Sabasowi posłuszeństwo i wydalili go z klasztoru. Za nim poszedł i Jan św., który nie chciał być ich wspólnikiem i udał się na puszczę Raba, gdzie przebył dziewięć lat w zupełnem odosobnieniu i milczeniu, przepędzając ten czas na modlitwie i na rozpamiętywaniu — Bóg sam wie tylko, jak bogaty tam zebrał skarb wiecznych zasług dla swej duszy.
Tymczasem zakonnicy w owym klasztorze się upamiętali i powołali na powrót opata Sabasa, a ten znów nie spoczął, dopóki Jana św. nie nakłonił do powrotu do tego klasztoru.
Rozgłos tak wielce świątobliwego życia rozszedł się po świecie i wielu ludzi potrzebujących i łaknących pociechy duchownej przybywało, aby go błagać o wstawienie się do Boga; przytem okazało się, że św. Jan miał moc czynienia cudów.
Po śmierci św. Sabasa był Jan św. wielką podporą klasztoru, szczególniej przeciwko odszczepieńcom Nestoryanom. Nestoryanie byli to stronnicy biskupa konstantynopolitańskiego Nestoryusza, którego Kościół św. w r. 431 złożył z godności i klątwą obrzucił dla tego, że Najśw. Maryi Panny nie chciał uznać za Rodzicielkę Jezusa Chrystusa. Jan święty bronił Kościoła św. i zwycięzko odpierał potwarze przeciwników, przez co jeszcze większą chwałą się okrył. Jan św. zakończył żywot doczesny, mając lat 104, do końca życia był przytomnego umysłu i zawsze zachowywał wesołą łagodność. Umarł w r. 558
Nauka moralna.
Cnota milczenia, jaką odznaczał się św. Jan dla każdego chrześcijanina, jest wielce ważną. Nie zależy ona na tem, aby milczano i wcale nie mówiono, lecz na tem, aby każdy wiedział, kiedy ma milczeć, a kiedy mówić — tak samo jak cnota wstrzemięźliwości nie zasadza się na tem, aby wcale nie jeść, ani nie pić, lecz aby jeść i pić właśnie w miarę. Święty Jan wprawdzie dużo milczał, ale w danym razie, gdzie było potrzeba, przemawiał w sposób bardzo jasny i dobitny tam, gdzie mu obowiązek nakazywał i gdzie czuł, że mową swą dużo dobrego zdziała.
Cnota milczenia oddaje nam wielką zasługę w tem, że uważamy więcej na siebie i nie przyzwyczajamy się do zbytniego gadulstwa, które nieraz wystawia nas do przykrości. Święty Jakób uczy nas następującej prawdy: ,,Ktokolwiek sądzi iż jest bogobojnym, a nie ma powściągliwości w języku, i tego jest religia czczą" (Jak. 1.) Człowiek, który dużo milczy, nauczy się mówić tam, gdzie powinien. Dlatego należy wprzód dojrzale się zastanowić, co się chce powiedzieć. Święty Bonawentura powiada, że w zabieraniu głosu należy się być tak ostrożnym i oszczędnym, jakim jest skąpiec w wydawaniu pieniędzy. Należy rozważyć wprzód, co się ma mówić i w jakim zamiarze, a przytem pamiętać zawsze o tem, przy kim i do kogo się mówi — aby nie mówić niestosownie. Święty Bernard widzi w tem znak dobrego wychowania i skromności, jeśli młodzieńcy milczą wobec dorosłych i duchownych.
Należy zawsze mówić i w porę: ,,Słowo w porę wypowiedziane jest jak złote jabłko na srebrnym półmisku" — mówi Pismo święte. (Przypowieści 25) Niestosownem jest pod każdym względem odzywać się, jeżeli ktoś inny przemawia. Przy mówieniu należy przybrać skromną postawę ciała i głos odpowiedni, twarz powinna być pogodną, czoło gładkie, oczy nie przewrócone, usta nie ściśnięte ani zbyt szeroko otwarte, głowę trzymać należy w naturalnem ułożeniu, a rękami nie należy machać, ani wywijać.
Zachowanie tych wszystkich reguł jest dość trudne, a św. Arseniusz powiada: ,,jeszcze nigdy tak nie żałowałem, gdym milczał, jak wtedy, i to często się zdarzało, gdy przemawiałem."
Modlitwa.
Boże, trzymaj na wodzy usta moje,
abym zbytnią gadatliwością nie grzeszył
przeciwko przykazaniom Twoim,
i język mój nie przyczynił się do mego
potępienia! Amen.
