Żywot świętego Franciszka z Pauli

 2. Kwietnia.

Żywot świętego Franciszka z Pauli

Bezwątpienia Włochy przodują całej Europie nietylko siłą religii, ale także pięknością natury, która się tam zawsze pod wiosennym niebem ludziom uśmiecha. Po całym kraju rozsiane są cytrynowe gaje i pomerańczowe lasy; bujne łany pokrywają doliny; na stokach gór wspaniałe winnice swą zielonością uweselają okolice. Ale natomiast w stronach górzystych są głuche pustynie, dawniej zamieszkiwane przez pobożnych pustelników, a teraz? przez rozbójników! Przez sam mniej więcej środek ciągnie się pasmo gór, zwane Apeninami; w nich to szukał dawniej niejeden ukrycia przed ludźmi, aby być jawnym przed Bogiem.

Dawniej Włochy podzielone były na kilka królestw, księztw i rzeczypospolitych. Pomiędzy królestwami było królestwo neapolitańskie najobszerniejszem. Dziś ono znikło, bo przewrót, który nastąpił we Włoszech w roku 1870, nie tylko wymazał królestwo neapolitańskie z karty geograficznej, ale zagrabił wszystkie ziemie włoskie, nawet i własność Kościoła świętego, tak zwane Państwo Kościelne, ograniczając tylko Papieża na jego mieszkanie we Watykanie.

W dawniejszym królestwie neapolitańskiem leży miasteczko Paula, które wydało słynniejszego męża, a w każdym razie więcej zasłużonego od świeckich rycerzy, choćby się oni nawet cudami męztwa wsławili. Rodzice świętego Franciszka byli pobożni i starali się w dzieciach swych ziarno wiary gruntownie zaszczepić. Spostrzegli oni, że dziecko ma dziwny pociąg do świątobliwości, trwa na modlitwie w ustronnych miejscach i okazuje wielką skłonność do postów. Zauważywszy to rodzice, poślubili go Bogu a gdy miał lat trzynaście, oddali go do klasztoru świętego Marka w mieście. W tym klasztorze przebył Franciszek rok cały, nie złożywszy ślubów, a po roku przyzwał do siebie rodziców, i prosił ich, aby mu pozwolili odwiedzić relikwie świętego Franciszka w Assyżu, oraz pomodlić się i na innych miejscach. Rodzice nie tylko chętnie na to przystali, ale sami puścili się ze synem w pielgrzymkę.

Wróciwszy z pielgrzymki Franciszek, został w domu, trudniąc się ręczną robotą, poszcząc i modląc się ustawicznie, i prowadząc życie zakonne. Prócz tego chodził po całej prowincyi najeżonej ostremi skałami Kalabryi, nauczając ludzi, a na nogi nie przywdział nigdy obuwia. Mimo tego, że deptał po krzemieniach, cierniach, kolczystych ro ślinach, nigdy nóg nie skaleczył. Pełen zapału wszędzie prawił o bojaźni Bożej. Pan Bóg dał mu też osobliwy dar wymowy, tak, że kiedy z kim rozmawiał, niepodobna było słodkim słowom jego się oprzeć. Nikt ze słuchających go nie odchodził nigdy bez pociechy.

Za natchnieniem Ducha świętego począł w rodzinnym miasteczku budować kościół, choć na to żadnych pieniędzy nie miał. Nie zwlekając, wybrał stosowne miejsce na budowę,  zakreślił granice fundamentu, i począł sam go kopać. Sąsiedzi widząc to, chcieli się też do chwały Bożej przyczynić; zaczęli więc znosić jeden drzewo, inny cegłę. Tak wnet fundament i nieco muru były już gotowe. W tem przychodzi do niego jakiś zakonnik świętego Franciszka z Assyżu, i robi mu wymówki, że to kościół przecież za mały, pokazując przytem, jak obszernym być powinien. Na to rzekł Franciszek, że pieniędzy nie ma, na co odpowiedział zakonnik: ,,A ja mówię, że łaska Boża będzie z twem dziełem" A Potem ów zakonnik porozwalał stojące już mury i nagle zniknął. Dziwił się temu Franciszek nie mogąc sobie wytłómaczyć, jakim sposobem mógł on zakonnik poobalać mury, a potem zniknąć. Lecz już nazajutrz było mu wszystko jasnem. Pewien pobożny a bogaty pan przybył do Franciszka zaraz z rana i wręczył mu tak wielką sumę pieniędzy, że starczyło na wybudowanie większego kościoła. Z tego poznał, że ów wczorajszy zakonnik był sam święty Franciszek z Assyżu. Więc według planu zakonnika niebieskiego budowano dalej. On sam, ile miał czasu od modlitwy, poświęcał noszeniu wapna, gliny, cegieł, lub zatrudniał się inną ręczną robotą przy budowie kościoła.

Gdy kościół stanął, Pan Bóg w nim uwielbił świętego Franciszka, bo czartów wyganiał, obłąkanym rozum przywracał, ślepym, chromym, głuchym i niemym cudownie pomagał. Nawet wskrzeszał umarłych, albo tych, którzy za umarłych byli poczytani.

Tych cudów sława doszła do uszu Papieża Piusa II., który wyznaczył swego posła do zbadania rzeczy. Kiedy poseł nadjechał i już w drodze dowiedział się o świątobliwości Franciszka, chciał mu rękę ucałować, ale mu ją Franciszek usunął, mówiąc: ,,Ja winienem twoją rękę ucałować, boś jest kapłanem
i sługą papiezkim już trzydzieści i trzy lata!" Przeląkł się na te słowa poseł, bo Franciszek go nie znał, a jednakże przez Ducha świętego wiedział, co on za jeden. Skoro weszli do skromnej celi Franciszka, tu go poseł począł wypytywać, jako może, będąc młodym jeszcze, tak surowe wieść życie. Wtedy Franciszek przystąpił do komina, wziął rozpaloną głownią w ręce i rzekł: ,,Którzy Bogu służą z prawego i doskonałego serca, tym nic nie trudno, a wszelkie rzeczy stworzone są im powolne."

Głownia w ręku Świętego nic mu nie szkodziła, a poseł tym cudem przerażon, chciał upaść Świętemu do nóg, aby je ucałować. Ale Franciszek tego nie dopuścił. Pożegnawszy go więc, pojechał poseł z powrotem do Papieża, aby mu opowiedzieć, co widział i słyszał.

Pewnego razu przybył do niego Jakób z Tarsyi, bardzo ciężko chory na wrzód na samćm kolanie. Franciszkowi także na razie zdawało się, że wrzód jest nieuleczonym, jednakże kazał Jakóbowi mieć mocną wiarę, a sam posłał braciszka do ogrodu po jakiś liść. Wziąwszy proch jakiś, upadł Franciszek przed krucyfiksem, i modlił się, prosząc o zdrowie dla chorego. Wstawszy, posypał sam wrzód, obwinął i kazał jechać. Skoro chory wyjechał, rzekł do żony, która z nim je chała: ,,Zdaje mi się, że mi lepiej w nogę!" Zesiadł tedy z konia i chorą nogą bił o ziemię, a nie uczuwszy bólu, poznał, że był uzdrowiony.

Drugiego cudownie uleczył, który był po całem ciele trądem obsypany. Skoro po krótkiej modlitwie się go dotknął, uzdrowił go natychmiast.

Innego razu przyprowadzili rodzice nieme dziecko przed kościół, którego budową się zajmowano, i położyli je przed Świętego, aby je uzdrowił.  Wtedy rzekł do nich Święty: ,,Wymówcie zemną po trzykroć Imię Jezus, a niemy za nami powtórzy!" Skoro z głęboką wiarą na klęczkach zawołali po trzykroć ,,Jezus," otóż niemy wyraźnym głosem zawołał: Jezus! i odtąd już począł mówić.

Córce niewidomej Antoniego Kalatyny, także z Pauli pochodzącego, przyłożył na oczy jakieś ziółko, i wzrok jej przywrócił, skoro oczy krzyżem przeżegnał.

Znalazł jednakże przeciwnika w ucżonym Bernardynie, Antoniuszu, który jawnie przeciw Franciszkowi występował, powiadając, że Franciszek, będąc laikiem, śmie bezczelnie z ziółek jakichś
lekarstwo przysposobiać i w Imię Pana chorym zdrowie przyobiecywać. Ponieważ Antoniusz to publicznie powiedział, starsi przeto posłali go do Franciszka, aby się z nim rozmówił. Antoniusz począł zaraz fukać i lżyć Świętego, wymawiając mu nieumiejętność i niewstyd. Słysząc to Franciszek wcale się nie obruszył, lecz przystąpił do ognia, wziął rozpaloną głownią w gołe ręce, którą gdy ścisnął, a nie
sparzył się, uznał Antoniusz, który zresztą był człowiekiem nieupornym, że ma przed sobą Świętego. Padł więc do nóg jego, przepraszając, i póty nie chciał wstać, póki błogosławieństwa jego nie otrzymał. Jak dawniej jawnie występował przeciw Świętemu, tak teraz, był dla niego pełen zapału. Odwoławszy
swój błąd w kościele z kazalnicy, począł sławić jego świątobliwość.

Pewnego razu rzekli mu robotnicy palący wapno na kościół, że im się pewnie od ognia piec obali. Tedy im rzekł: ,,Idźcie jeść, a ja piec opatrzę!" Skoro poszli, Święty wszedł w piec, w którym był ogień, poprawił go i całkiem nieuszkodzony z niego wyszedł. Gdy inną razą wpadło dwóch robotników do jamy pod murem wykopanej, który przytłoczył dwóch robotników, przerażeni drudzy uciekli się do Świętego. Gdy tam sam przybył i kazał odwalić kamienie, znaleziono przywalonych żywych i zdrowych.

Franciszek, wybudowawszy własny wielki klasztor, nadał mu regułę, którą mu Duch święty podyktował. Potem założył jeszcze wiele klasztorów po rozmaitych okolicach, nawet za morzem. Pewnego razu musiał się udać na wyspę Sycylią. Towarzyszył mu brat jego zakonny, imieniem Tomasz. Skoro stanął nad wybrzeżem i chciał wnijść na pokład, nie chciał kapitan okrętowy przyjąć tak ubogo wyglądających ludzi, których nie znał; żądał więc od nich zapłaty z góry. Kiedy tego zapłacić nie mogli, nie przyjęto ich i okręt odpłynął. Lecz Franciszek nie stracił otuchy. Ukląkłszy na brzegu morskim, począł się żarliwie modlić. Powstawszy, rozpostarł swój płaszcz na falach morskich, a płaszcz zakonnika przymocował do swego kija jako żagiel, potem obaj wsiedli na płaszcz, wiatr rozdął ich żagiel, i pożeglowali ku Sycylii. Na wysokiem morzu napotkali okręt, który ich nie chciał zabrać; wtedy tak kapitan, jak i majtkowie nie mogąc wyjść z podziwienia, prosili, aby weszli na okręt, ale Święty miał więcej ufności w Bogu, aniżeli w okręcie, choćby najmocniej zbudowanym.

Takie cuda nie tylko słynęły we Włoszech, ale i w oddalonych krajach. Dowiedział się o nich Ludwik XI, król francuzki, który był bardzo chory, i żal mu było życia i korony; nawet sama myśl o śmierci napełniała go zgrozą. Smutny, że nie ma nadziei, przyobiecał swemu lekarzowi 10, 000 talarów miesięcznie, skoro mu życie utrzyma. Ale gdy wyniszczenie sił stawało się coraz większem, wtenczas udał się do Boga, kazał zarządzić publiczne modlitwy, procesye, pielgrzymki, a nawet kazał relikwie Świętych wnieść do swego pokoju. Ale i to nie pomagało. Wyprawił więc do świętego Franciszka swego posła z prośbą, aby przybył i uzdrowił go, obiecując za to tyle złota i srebra, ile będzie chciał. Lecz Święty z pogardą odrzucił dary. Wtedy król napisał do cesarza rzymskiego, aby go skłonił do podróży do Francyi, ale ten rzekł, że nigdy żadnemu królowi na rozkaz cudów nie czynił, ani też czynić nie będzie, a wreszcie kto mu każe przedsięwziąć taką daleką podróż, kiedy tu chodzi o nizkie cele, nie o mocną wiarę. Wtedy król napisał do papieża Sykstusa IV, a ten dał wyraźny rozkaz, aby pojechał do króla francuzkiego.

Posłuszny rozkazowi udał się do króla, który go przyjął z największą czcią, a nawet padł mu do nóg i błagał o przedłużenie życia. Łagodnie, lecz poważnie odpowiedział Święty: ,,Najjaśniejszy panie, my ludzie musimy się poddać woli Bozkiej; w Jego ręku leży nasze życie i nasza śmierć, a kusić się na zbadanie tajemnic Bozkich, gdy tego Bóg nie objawił, byłoby więcej, aniżeli płochością!"

Król umieścił Świętego w swoim pałacu, i rozmawiał z nim często. To obudziło zazdrość w nadwornym lekarzu królewskim, który nie przestawał tyle na Świętego przed królem wygadywać, aż wreszcie Ludwik postanowił doświadczyć jego cnoty. Posłał mu najprzód zastawę do stołu ze złota i srebra. Ale Święty oddał to natychmiast, mówiąc: ,,Biedny pustelnik i z drewnianej misy głód zaspokoi." Następnie posłał mu król figurę Matki Bozkiej z czystego złota, wartości 17,000 dukatów. Lecz Święty i tę figurę odesłał, powiadając: ,,Nie mam nabożeństwa ani do srebra ani do złota, lecz
do Królowej niebios Maryi, której obraz na zwyczajnym papierze tak mi jest miłym, jak ze złota." Potem posiał mu najsmaczniejszych potraw, ale Święty ich nie tknął, powiadając, że jego żołądek jest przyzwyczajony do starych śledzi, korzonków i wody źródlanej. 

Wreszcie król sam udał się do Świętego i wręczył mu na jego klasztór z przyjacielską twarzą pełną torbę złota. Święty, który podstęp króla zrozumiał, rzekł poważnie: ,,Najjaśniejszy panie, byłoby lepiej, gdybyś niesprawiedliwie wydarte majątki zwrócił, i nie uciskał ludu podatkami, których naród zapłacić nie może, niż, że dajesz z obcego dobra jałmużny." Król się zastanowił, powaga jego przeniknęła go aż do głębi duszy i odtąd nazywał Franciszka ,,dobrym człowiekiem," z czego później powstał zwyczaj, że i o najmniejszych braciszkach zakonnych mówiono, że to ,,dobrzy ludzie."

Przez zbawienne napomnienia i prośby przyprowadził króla tak dalece, że ten udał się do miłosierdzia Bozkiego, i umarł w dniu przez Świętego naprzód oznaczonym na jego rękach. Następca jego Karól VIII. nie puścił Świętego od swego boku, chociaż ten tęsknił za swą pustelnią. Wybudował mu owszem wspaniały klasztor, odwiedzał go dziennie, prosił o radę, nawet prosił, aby mu dziecko trzymał do chrztu, iżby je mógł nazwać ,,synem Ojca Franciszka." Następca Karola Ludwik XII., nie chciał także puścić Świętego ze swego domu, wiedząc, jak obfite królewskiej rodzinie i państwu błogosławieństwa w Bogu wyjednywa.

Przeżywszy 10 lat we Francyi, wrócił do swój pustelni. Mając 81 lat wieku, uczuł zbliżający się koniec, i 3 miesiące przed śmiercią zamknął się w celi, aby rozważać wieczność. Zjadliwa febra go opanowała i popchnęła do grobu. W wielki czwartek zgromadził w zakrystyi swych braci zakonnych, napomniał ich, zobowiązał do zachowania reguły, spowiadał się, a potem boso, z postronkiem na szyi przyjął Komunią świętą. — Nazajutrz 2 Kwietnia 1508 zakończył swój tak dla ludzkości zbawienny żywot. Ciało jego w roku 1562 było nienaruszonem; heretycy bezbożni wpadli do kościoła, wydobyli Świętego z grobu, i spalili na ogniu z porąbanego krzyża.

Świętego Franciszka z Pauli przedstawiają w habicie franciszkańskim, z długą brodą, z kijem w ręku, stojącego na swym na morzu rozłożonym płaszczu, a przed nim w błyszczącej gloryi widać napis ,,charitas," to znaczy ,,miłość."

Nauka moralna.

Święty Franciszek dał swym klasztorom trzy reguły, jednę dla zakonników, jednę dla świeckich, a prócz tego jako czwartego ślubu wymagał umartwienia ciała postami. Z tego widzimy, jak wielce prawo kościelne o postach szanował, a nawet przez ślub obostrzył. Miał on wielki szacunek dla postów, do których każdy od 21 roku życia zobowiązany, z wyjątkiem choroby lub bardzo ciężkiej pracy. Jeżeli już dawniej wstrzymywanie się od mięsa było w Kościele o wiele ściślej zachowywanem, aniżeli my teraz posty zachowujemy, to byłoby podwójnie niesprawiedliwie, gdybyśmy chcieli oziębłości, albo lekkomyślności w zachowywaniu przykazania kościelnego stać się winnymi. Smutną jest rzeczą, że tylu chrześcijan przykazanie to ich obowięzujące przestępują, a nawet nieuszanowanie tego przykazania ledwie poczytują sobie za winę. Nie naśladujmy tak złych przykładów i sami siebie nie zwódźmy, tworząc i wymyślając sztuczne powody, zachęcające do lekceważenia tego przykazania kościelnego Zawstydźmy raczćj oziębłych i stroniących od umartwień chrześcijan przez radosne wykonywanie kościelnego rozporządzenia, nawet niekiedy nałóżmy sami post na siebie, chociaż w tym czasie Kościół nie wymaga ani wstrzymywania się od mięsa, ani postu, aby nasze ciało umartwić. Umartwienia są nam do postępowania w dobrem nader pożyteczne. ,,Modlitwa z postem i jałmużną jest lepszą, aniżeli zbierać skarby złota." (Tob. 12, 8.)

Modlitwa.

Panie, któryś świętego Franciszka
tak wielkiem zamiłowaniem postu obdarzyć
raczył, daj nam wszystkim,
abyśmy przykazanie postu zawsze chętnie
i z pobożną wiernością wykonywali.
Amen.


ks. Ojca O. Bitschnau’a ,,Żywoty świętych pańskich podług najlepszych źródeł" str. 261-266