Socjalistyczne złudzenia
Szeroko w prasie polskiej dziś jest omawiana sprawa stosunku socjalizmu do katolicyzmu. Zagadnienie podjęli socjaliści na łamach lwowskich "Sygnałów", wysuwając pośrednio projekt "zawieszenia broni" między obcymi sobie obozami, a to ze względu na wspólne niebezpieczeństwo grożące ze strony przybierających na sile prądów totalizmu, rasizmu i innych, znanych ogólnie pod nazwą faszyzmu. Jest jasne i oczywiste, że wysoce negatywna postawa Kościoła wobec niewątpliwych przerostów powyższych ideologij ma swoje głębokie uzasadnienie moralne i dogmatyczne i że tylko z tego, a nie innego względu Kościół głos w tych sprawach zabiera. I to jest także oczywiste, że socjalizm polski, nieubłagany wróg faszyzmu ( a w nazwie tej mieści się wszystko, co dziś socjalizmowi nie jest miłe, więc np. postulat szkoły wyznaniowej) wrogiem tym został z przyczyn politycznych. Sam bowiem, przez swoją naukę, przez materialistyczny pogląd na życie jednostki i społeczeństwa, zawiera w sobie pierwiastki i zadatki na totalizm, konsekwentnie z teorii w życie przeniesiony w Rosji Sowieckiej.
Socjalizm w Polsce zbyt wielką jest siłą, aby się z nim nie liczyć i uważnie wszelkich jego poczynań nie analizować. I dlatego, wszystko, co w prasie socjalistycznej pisze się o stosunku tego obozu do katolicyzmu, ma dla nas znaczenie orientacyjne na najbliższą przyszłość. Owe przypadkowe zbieżności między socjalizmem i katolicyzmem w niektórych punktach, zbieżności pozorne, bo rozstrzygnięcia dokonywane są na różnych płaszczyznach, wywołują u niektórych złudzenia, że otwiera się droga do zgodnej współpracy. Rzecz ciekawa, że spotykamy to nie wśród katolików, ale wśród socjalistów, którzy w prasie swojej coraz częściej powtarzają, że do przesądów wieku XIX zaliczyć należy upatrywanie sprzeczności między socjalizmem i katolicyzmem. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że dotyczy to przede wszystkim prasy partyjnej, przeznaczonej dla szerokich mas, bo poważniejsze pisma lewicowe, luźno związane z ogólną taktyką partii, bardziej trzeźwo patrzą na rzeczywistość i szukają innych dróg porozumienia.
Ale właśnie ta prasa codzienna, przeznaczona dla szerokich kół czytelniczych, daje nam wierne wyobrażenie o stanie umysłów w obozie socjalistycznym w ścisłym tego słowa znaczeniu. A materiał przez nią publikowany stanowi tak wyraźny dowód ignorancji w rozumieniu spraw życia katolickiego, że ten, ktoby się dopatrywał w dzisiejszej publicystyce socjalistycznej zwrotu ku lepszemu w ustosunkowaniu do katolicyzmu, musi chcąc nie chcąc dojrzeć całą między tymi obozami przepaść.
Za przykład niech służy artykuł jednego z czołowych przywódców PPS, p. Z. Żuławskiego, zamieszczony w numerze na dzień Bożego Narodzenia 1938 r. w organie partii "Robotniku". Artykuł nosi tytuł "Etyka chrześcijańska" i jako główną myśl wyraża pogląd, że "niedługo już nadejdzie czas gdy i w Polsce Kościół katolicki będzie widział w socjalizmie największą pomoc w urzeczywistnianiu ideałów swej wiary i na odwrót - socjalizm będzie widział w katolicyzmie największą ostoję wolności, równości i sprawiedliwości."
Zapyta czytelnik dlaczego? "Bo obawy szły z tej samej szczytnej etyki Chrystusa o miłości człowieka". Stąd też ideały obu obozów są wspólne. Nie jest to od czasów Kopernika odkrycie największe, ale niezaprzeczenie jedno z najważniejszych, jeśli się zważy, że zawiera ono w sobie stwierdzenie bliskiego pokrewieństwa obrazu Królestwa Bożego - do którego dąży Kościół -ze społeczeństwem przyszłości, jak je sobie wyobraża marksizm i jego polscy wyznawcy. Podobnych zestawień można by czynić wiele i bardziej konkretnych, że wymienimy dla przykładu katolicką naukę o państwie i postulat socjalizmu rozdziału Kościoła od państwa, szkoły laickiej i wyznaniowej etc. etc.
Jest w artykule p. Żuławskiego inne jeszcze stwierdzenie, a mianowicie, że zbliżenie między socjalizmem i katolicyzmem dokonywa się na płaszczyźnie etycznej, w pojęciu o godności człowieka, w obronie jego świętych, nienaruszalnych praw. P. Żuławski aprobuje i uznaje za istotne dla socjalizmu (tego, który wyznaje zasadę walki klas!) przykazanie miłości bliźniego, wyrażone przez Chrystusa. I mocno podkreśla, że to jest przykazanie natury czysto etycznej," które miało wystarczyć za wszystko". To objaśnienie jest bardzo charakterystyczne i ważne w toku wywodów autora. Wskazuje bowiem ubocznie, że cały systemat nauki Kościoła w jego części dogmatycznej nie ma właściwego znaczenia w kwestii, czy ktoś jest czy nie jest chrześcijaninem. Można nim być nie wierząc i nie praktykując -tu p. Żuławski szczerze przyznaje się do tej postawy - trzeba tylko przyjąć zasadę miłości bliźniego, zasadę "czysto etyczną", zależną od woli człowieka w przeciwieństwie do wiary religijnej, która jest objawem działania i następstwem łaski.
Właśnie: p. Żuławski eliminuje z aktu wiary czynnik woli ludzkiej. Czyni z wiary dar nie tylko nadprzyrodzony, ale mniej lub więcej niespodziewany, akt pozbawiony zupełnie podstaw przyrodzonych, tajemniczy, niemal fikcyjny. Powiada dalej, że wiara jest często potrzebą duszy ludzkiej, a w zestawieniu z powyższym jej sformułowaniem, wygląda to tak, jakby z poczuciem wyższości patrzył na ludzi wierzących, jako na gatunek poczciwy co prawda, ale ubogi duchowo. W ten sposób rozgrzesza p. Żuławski siebie i socjalizm, zwalczający religię. Bo skoro jednym łaska jest dana, a innym nie, to niema ani obowiązku wiary, ani zasługi wiary, nie można dla niej znaleźć absolutnie obiektywnych kryteriów, należy ona do innego świata, w którym nie można się doszukać znamion konieczności i powszechności, a więc do świata fikcyjnego.
Najprzód wyjaśnienie: Wiara nie jest to samo co łaska ("wiara "to "łaska" -pisze p. Żuławski). Właśnie zasługa wiary na tym polega, że jest ona wolną daniną złożoną Bogu, jest aktem rozumowym, w którym ma udział wola- Wiara - orzekł Sobór Watykański - jest aktem rozumu," jest przekonaniem rozumowym o prawdziwości tego, co jest do wierzenia podane, na podstawie poprzednio poznanego, nieomylnego świadectwa". Poznanie faktu boskiego objawienia daje zupełną pewność sądowi wiary. To są zresztą sprawy teologii, w którą tu nie zamierzamy wkraczać, uprawiając publicystykę. To, cośmy powiedzieli, wystarczy, aby zrozumieć całą różnicę w pojmowaniu wiary przez katolików i przez ludzi typu p. Żuławskiego. A różnica to poważna, bowiem z całą koniecznością prowadzi do przeczenia bóstwu Chrystusa. Postaramy się to wykazać.
P. Żuławski zapamiętał z Ewangelii przykazanie miłości bliźniego. I wie, że jest ono przykazaniem największym . Nie wie »jednak tego, że podane ono zostało w ścisłej łączności z innym przykazaniem, a mianowicie z przykazaniem miłości Boga. Ze motywem tego doskonałego ustosunkowania się do ludzi, motywem najtrwalszym, najgłębiej sięgającym i najbardziej obowiązującym, jest miłość Boga. Nietzsche, wielki wróg chrześcijaństwa, przyznał kiedyś, że to uczucie miłości do ludzi ze względu na miłość do Boga, jest najszlachetniejszym, na jakie ludzkość kiedykolwiek się zdobyła. I wyraża w ten sposób wielką prawdę, tę mianowicie, że przykazania etyczne wtedy dopiero osiągają swoją wartość, jeśli mają za sobą autorytet religijny. Traktować naukę Chrystusa wyłącznie jako systemat etyczny -to podważać same jej podstawy, tkwią one bowiem w fakcie bóstwa Chrystusa i to sprawia, że przykazania Jego mają niezależną od ludzkich pojęć i sądów moc obowiązującą.
Zauważmy też, że p. Żuławski stawia sprawę moralności bardzo ogólnie, przytaczając jedynie zasadę miłości bliźniego. Trzeba by wiedzieć, czy chce ją tak rozumieć, jak rozumiał ją Chrystus, czy przyjmuje dla niej jakieś obiektywne sprawdziany, zawarte także w nauce Chrystusa; Słowem, czy naprawdę sądzi, że program i praktyka polskiego socjalizmu są rozwinięciem tej zasady Te i inne pytania domagają się odpowiedzi, a rzeczywistość nam jej nie odmawia, ale poucza, że z odrzuceniem religijnych podstaw moralności i sama moralność staje się czymś zgoła fikcyjnym mimo pięknej, przejętej z chrześcijańskiego słownika, frazeologii. Dlatego też wystąpienie p. Żuławskiego, poczytywane przez niektórych za sensację, przy bliższym przyjrzeniu się przybiera dawną postać antyreligijnego, a w najlepszym razie: areligijnego (jeśli taki być może) poglądu na świat, którego nie ratuje ustawiczne powoływanie się na hasło, że religia jest rzeczą prywatną.