Świętego Marcina, Biskupa Turoneńskiego (Tours)


11-go Listopada.

ŚWIĘTEGO MARCINA
BISKUPA TURONEŃSKIEGO (TOURS).

Żył około roku Pańskiego 400.
(Żywot jogo był napisany przez ucznia jego Sewera Sulpicyusza).


Święty Marcin urodził się w mieście Sabaczu, dawnej Panonii a dzisiejszych Węgrach, około roku Pańskiego 320. Rodzice jego byli poganami, a ojciec dowódca w wojsku Rzymskiem i syna do tegoż stanu sposobił. Marcin mając lat dziesięć, pomimo, iż rodzice jego byli temu najprzeciwniejsi, został katechumenem, to jest postanowił zostać chrześcijaninem, i z kościołem już się zewnętrznie połączył. Wkrótce potem zamyślał udać się na życie pustelnicze, lecz że wtedy właśnie wyszedł rozkaz cesarski, aby synowie wojskowych wstępowali w szeregi, musiał i Marcin to uczynić. Trzy lata przed przyjęciem Chrztu świętego na wojaczce strawił, lecz wśród zwykłego obozowemu życiu zepsucia, był i obyczajów najskromniejszych, i wielu już chrześcijańskiemi cnotami się odznaczał, a szczególnie miłosierdziem dla ubogich. Zdarzyło się, że podczas zimy wjeżdżając do miasta Ambis, ujrzał przy bramie żebraka prawie nagiego. Niemając przy sobie pieniędzy, rozciął mieczem swój płaszcz żołnierski, i połową okrył ubogiego. Następującej nocy ujrzał przed sobą Pana Jezusa w tę połowę płaszcza, którą oddał był ubogiemu przyodzianego, i mówiącego do Aniołów, którzy go otaczali: „W suknię tę przyodział mnie Marcin, który wkrótce ma być ochrzczonym.“

Po przyjęciu Chrztu świętego, mając lat dwadzieścia, chciał niezwłocznie opuścić szeregi wojskowe. Lecz że wtedy właśnie spodziewano się wielkiej bitwy z nieprzyjacielem, i sam cesarz posądzał go, że to z braku męstwa czyni, więc pozostał jeszcze, czekając na potyczkę, i oświadczył, że pierwszy bez oręża uderzy na nieprzyjaciela szeregi, i w Imię Pana Jezusa przebije się przez nie. Wszakże do bitwy nie przyszło, gdyż nieprzyjaciel poddał się nazajutrz bezwarunkowo. Wyszedłszy święty Marcin z wojska, które podówczas w Galii przebywało, udał się do świętego Hilarego, Biskupa Piktawskiego, którego sława już w tedy wszędzie głośną była i poddał się jego duchownemu przewodnictwu. Święty Hilary, poznawszy w nim wielką świątobliwość, chciał go coprędzej na kapłana wyświęcić, lecz Marcin wyprosił się od tego, a mając sobie nakazane przez Pana Boga w objawieniu, aby dla nawrócenia rodziców, udał się do nich, puścił się do ojczyzny swojej do Węgier. W drodze tej napadli go rozbójnicy, i związanego, aby potem domagać się za niego wykupu, wiedli w głąb lasu. Ten, któremu powierzono straż nad nim, widząc go wśród takiego niebezpieczeństwa, (bo mu i śmiercią grozili), najspokojniej modlącego się, spytał go kim jest, i dlaczego niczego się nie lęka? „Jestem chrześcijaninem, odrzekł na to Marcin, a że wiem, iż Bóg mój jest wszędzie obecny, więc się niczego nie obawiam." Poczem, wdawszy się z tym że strażnikiem swoun w rozmowę o religii, tak go sobie ujął, iż ten wraz z Marcinom uszedł, a zostawszy chrześcijaninem, przykładne życie prowadził.

Przybywszy mąż Boży do rodziców, matkę tylko miał szczęście przywieść do Chrztu świętego, ojca nie mógł nawrócić; wszelako wielką liczbę innych pogan w kraju swoim pozyskał Panu Jezusowi. Zastał tam także szerzące się bezbożne kacerstwa Aryanów. Gorliwie powstając przeciw niemu, nasz Święty na wielkie był wystawiony niebezpieczeństwa, a razu pewnego napadnięty przez kacerzy, publicznie a okrutnie został zbity.

Wróciwszy do Piktawy, gdzie chciał się znowu połączyć ze świętym Hilarym, już go tam nie zastał, gdyż go Aryanie siłą wygnali. Schronił się przeto przed nimi, bo i na niego powstawali, w jednym z klasztorów w Medyolanie. lecz i ztamtąd wypędził go Biskup heretycki. Wtedy przybrawszy sobie za towarzysza pewnego pobożnego kapłana, nasz święty schronił się na dziką i bezludną wyspę Galinaryą, i tam przez czas pewien, wiodąc życie pustelnicze, samymi korzonkami polnymi żywił się.

Święty Hilary wróciwszy z wygnania do Piktawy, zawezwał go do siebie i umieścił w jednym z klasztorów blizko tego miasta będących. Tam powierzono mu do nauki młodego poganina, do Chrztu świętego gotującego się. Ten gdy Marcin na dni kilka wydalił się, był z klasztoru, zachorował nagle i umarł. Święty wróciwszy, zastał go już na katafalku. Zdjęty wielką żałością, że bez Chrztu zeszedł z tego świata ów młodzieniec, padł na kolana i gorąco modlił się, prosząc Pana Boga, aby mu życie przywrócił, i dał dostąpić łaski Chrztu świętego. Trwał na takiej modlitwie dwie godziny, rzewnemi zalewając się łzami, aż go Pan Bóg wysłuchał: umarły wstał i niezwłocznie ochrzczonym został. Cud ten nawrócił wielu pogan, i rozgłosił jeszcze bardziej imię Marcina, już i wprzódy z wysokich cnót słynącego.

Pod tę porę właśnie umarł był biskup Turoneński, a duchowieństwo i lud wybrało Marcina na jego zastępcę. Święty przyjąć tej godności w żaden sposób nie chciał, i pomimo wszelkich usiłowań wywieść się z klasztoru nie dał, zamknąwszy się w celce. Nareszcie wyprowadzony ztamtąd pod innym pozorem, siłą stawiony przed wielu Biskupami okolicznymi, zgromadzonymi w Turonie, uległ ich usilnym naleganiom, i na Pasterza tej Dyecezyi wyświęconym został.

Na Biskupstwie nie zmienił ubogiego i pokutnego życia, jakie wiódł przedtem, a tylko cnotami doskonałego Pasterza okraszał godność swoją. Wybudował sobie przy kościele małą chatkę, i w niej co mu zbywało czasu od służby w kościele i załatwienia spraw dyecezyi, zamykał się na modlitwie i czytaniu ksiąg świętych. Ale że i tam nie dość się widział od napływu świeckich osób wolnym, założył daleko za miastem na ustroniu klasztor nad rzeką Ligiorą, i tam jakby na pustyni, z wielką liczbą uczniów i kapłanów na bogomyślności czas wolny od pasterskich obowiązków spędzał. Wiódł z tymi braćmi swoimi, których liczba dochodziła ośmdziesięciu, życie bardzo umartwione, a tak ich doskonalił, że wielu z nich później na Biskupów powołanych zostało, gdyż każde miasto życzyło sobie mieć u siebie którego z uczniów świętego Marcina.

Wszelako nasz Święty nie ciągle w tym klasztorze przebywał: owszem częste odbywał z niego wycieczki apostolskie, tak dla obsługi ludu wiernego, jako też i nawracania, pogan, których jeszcze wielu było. Razu pewnego, znajdując się między nimi, nakłaniał ich, aby dąb ogromnej wielkości bałwochwalczej czci poświęcony, zrąbali. Zgodzili się na to, lecz pod warunkiem, aby święty Biskup stanął po tej stronie, na którą drzewo walić się będzie, gdyż jak mówili: jeśli Bóg którego nam głosisz jest prawdziwym, to cię od śmierci uchowa." Zgodził się na to Święty, a poganie nie dowierzając mu, czy ustoi na miejscu, przywiązali go tam sznurami. Drzewo olbrzymie podrąbali, na Marcina zwalili, lecz gdy on je przeżegnał znakiem Krzyża świętego, na drugą stronę, jakby pchnięte siłą niewidzialną, padło. Winnem miejscu, gdy chciał zburzyć świątynię pogańską, zbiegli się poganie tłumem, aby tego nie dopuścić. Sługa Boży przywołał kilku tylko chrześcijan, a słowem swojem tak ubezwładnił wszystkich niewiernych, że żaden z miejsca ani kroku ruszyć nie mógł, patrząc, jak Święty burzył świątynię i bałwany ich kruszył. Cud zaś tak widoczny wszystkich obecnych do wiary nawrócił.

Do leczenia chorych taką mu Pan Bóg moc udzielać raczył, iż prawie każdy uzdrowiony od niego odchodził, i wszędzie Słowo Boże przez niego głoszone, takim i cudami poparte, obfite przynosiło owoce. Pewnego razu, obchodząc swoją Dyecezyą, ujrzał wielki tłum pogan, którzy znając go ze sławy jako wielkiego cudotwórcę, zaszli mu drogę, aby go tylko widzieć. Zatrzymał się przy nich i miał kazanie, ale nikt się nie nawrócił: aż oto nadbiega spłakana niewiasta, niosąc umarłego syneczka, i padłszy do nóg Biskupa, błaga, aby jej dziecię wskrzesił. Święty wziął je na ręce, pomodlił się i oddał matce żywe. Wszyscy poganie zawołali, iż Chrystus prawdziwym jest Bogiem, i po naukach świętego Marcina, nazajutrz Chrzest święty przyjęli.

Miał ważną sprawę do przedstawienia Walenyniąnowi, lecz cesarz ten z poduszczenia żony, która była Aryanką, nie chciał mu dać posłuchaniami dworzanom nie kazał go wpuszczać do siebie. Marcin po kilku dniach postu i modlitwy, udał się do pałacu cesarskiego, gdzie Anioł wśród straży i pokojowców wolno go przeprowadził aż do komnaty Walentynianina. Ten, obrażony jego śmiałością, miał zamiar nie wstawać z krzesła na jego przyjęcie, lecz ogień pod jego siedzeniem cudownie wszczęty, zmusił go do tego, co takie na nim zrobiło wrażenie, że ze czcią wielką przyjął Biskupa, jego żądaniu zadośćuczynił, i do stołu go swojego zaprosił. Lecz nietylko ludzkim szacunkiem chciał Pan Bóg mieć uczczonym tego wielkiego sługę Swojego: i duchy niebieskie raczył posyłać do niego. Z Aniołami często obcował, którzy wykonywali jego zlecenia wszystkie, i prośby jego zanosili przed tron Boga. Święci Apostołowie Piotr i Paweł, okazując mu się w widzeniach, rady mu swoje co do sprawowania urzędu Biskupiego udzielali. Stanął też w rzędzie najdzielniejszych obrońców wiary świętej przeciw Aryariom, i innym kacerzom.

Mając lat ośmdziesiąt, przepowiedział dzień swojej blizkiej śmierci, a pomimo tego. puściwszy się jeszcze na zwiedzenie Dyecezyi, w wiosce Kanda, ciężko zachorował. Uczniowie jego będący przy nim, słysząc, jak prosił Boga, aby go już uwolnił z więzów tej ziemi: rzekli mu:„Ojcze! czemu nas opuszczasz? komuż powierzysz dzieci twoje zasmucone? Wilki drapieżne napadną twoją owczarnię. Wiemy, jak pragniesz być już z Chrystusem: lecz nagroda twoja w Niebie cię nie minie; zlituj się więc nad tymi, których chcesz opuścić." A Święty poruszony takiemi ich prośbami, w te słowa się modlił: „Panie! jeślim jeszcze ludowi Twojemu potrzebny, nie wymawiam się od pracy. Niech się wola Twoja spełni." Widząc uczniowie, iż ciągle w znak leży, chcieli dla ulgi zmienić mu postawę, lecz rzekł do nich: „Pozostawcie mnie w tem położeniu, niech raczej w Niebo, a nie na ziemię patrzę, aby dusza moja zdążała do Pana, z którym ma się połączyć." W chwili gdy już konał, ujrzał obok siebie stojącego szatana: „Co tu robisz, zawołał na niego, poczwaro okrutna! sprawco wszelkiego złego, nie znajdziesz we mnie nic, co by twoje było." I to wymawiając oddał Bogu ducha. Wiele osób, a międzyniemi i święty Seweryn, biskup Kolonski, słyszało śpiewy Aniołów, duszę jego do Nieba unoszących.

POŻYTEK DUCHOWNY.

Masz oto i w szczegółach śmierci świętego Marcina dowód, z jakiem zuchwalstwem zły duch czycha na dusze ludzkie, a najbardziej w godzinie ich wyjścia z tego świata. Przez całe więc życie ucz się walczyć mężnie z tym piekielnym wrogiem, abyś przy śmierci odniósł nad nim stanowcze na całą wieczność zwycięstwo; ale przede wszystkiem tę godzinę straszną, polecaj często opiece Matki Bożej.

MODLITWA (Kościelna).

Boże! który widzisz, że nie naszą mocą
istniejemy; spraw miłościwie, abyśmy 
za wstawieniem się błogosławionego Marcina
Wyznawcy Twojego i Biskupa, przeciw wszelkiemu 
złemu ubezpieczeni byli. 
Przez Pana  naszego i t. d. 

Na tę intencyą: Zdrowaś Marya.


Żywoty świętych Pańskich o. Prokopa kapucyna, str. 718-720