ŻYWOT Ś. BRYKCYUSZA BISKUPA TURONU, pisany od Ś. Grzegorza
tamże biskupa, Histor. Francornm, lib. 2 cap. 1 & 36. Żył około
Roku Pańskiego 390.
Po zejściu ś. Marcina Turońskiego biskupa, Brykcyusz uczeń jego na biskupstwo wstąpił, który się św. Marcinowi w wielu rzeczach przykrzył, iż go karał o niektóre na próżnych i świeckich rzeczach zabawy. Raz gdy jeden chory, chcąc lekarstw o mieć, Marcina ś. szukał, i spotkawszy Brykcyusza, pytał go, gdzieby był? i co czyni? A on mu odpowiedział: Jeżeli szalonego onego szukasz, patrz na niego z daleka, oto, jako zwykł, w Niebo niby bezrozumny patrzy. A gdy chory on zjednał u ś. Marcina to o co prosił, wezwał Brykcyusza ś. biskup, i mówił mu: I także mnie sobie masz za szalonego Brykcyusie? a gdy się zapierał tego, rzekł mu: Iżali uszu moich przy ustach twoich nie było, gdyś to z daleka mówił? zaprawdę powiadam, zjednałem u P. Boga, abyś po mnie na dostojność biskupią wstąpił; ale wiedz, iż na biskupstwie wiele złego ucierpisz. Słysząc to Brykcyusz, mówił: Iżali nie mówię praw dy, iż ten szalone słowa mówi? i będąc kapłanem, często lżył ś. Marcina słowy złemi i łajaniem.
Gdy tedy po nim na biskupstwo wstąpił, bardzo już modlitwy pilny był; bo chociaż był przedtem hardy i lekkomyślny, wszakże był na ciele czysty. I gdy już 33 lata na biskupstwie siedział, wszczął się przeciw jemu rozruch między ludźmi, i tak a potwarz: niewiasta, do której jego szaty prać noszono (a była mniszką), zrzuciwszy szaty zakonne, powiła dziecię; mniemanie ludu wszystkiego na Brykcyusza biskupa padło. I powstawszy lud chciał jednostajnie go ukamienować; bo mówili: Pod barwą świątobliwości, pokrywałeś swoją nieczystość; nie daj Boże, abyśmy dalej twoje ręce niegodne całowali, a sami się mazali. A on gdy się mocno onego uczynku zapierał, rzekł do nich: Przynieście mi to dziecię; i gdy mu je przyniesiono, mające dni 30 od porodzenia, rzekł do niego biskup: Poprzysięgam cię na Jezusa Chrystusa Syna Boga Wszechmocnego, abyś powiedziało przed wszystkimi, jeżeli ja jestem ojcem twoim? A dziecię rzekło, nie jesteś ty ojciec mój; a gdy lud rzekł: Spytajże kto jest ojciec jego? Biskup powiedział: Już to nie moja rzecz, otom się ja sprawił; pytajcie wy sami, jeśli chcecie. A ludzie czarom ono cudo przypisując, powstali na niego, jednostajnie się spiknąwszy, i wiodąc go, mówili: Już nam pod fałszywem imieniem pasterskiem rozkazować nie będziesz.
A on chcąc się drugi raz oczyścić przed ludźmi, nabrał w biret swój żarzystego węgla, i przyciskając go ku sobie, niósł je aż do grobu ś. Marcina, a lud szedł za nim, i wyrzuciwszy u grobu węgle one; ukazał niespalony sukienny biret, i mówił: Jak o tego sukna ogień nie spalił, tak ciało moje dotykaniem niewiasty zmazane nie jest. A lud przecie nie wierzył, ale na nie go powstawał, i ciągnąć go, a potwarzając, wyrzucili go; aby sią słowa ziściły Marcina ś. i postawili Justyniana na jego miejsce. Potem Brykeyusz szedł do Rzymu do papieża, i płacząc mówił: Słusznie to cierpią, bom przeciw świętemu zgrzeszył, i częstom go szalonym i bezrozumnym nazywał; a widząc cuda jego, nie wierzyłem mu. Turończykowie zaś rzekli do Justyniana: Biegaj za Brykcyuszem, a sprawuj rzecz twoją; bo jeżeli sią mu nie będziesz sprzeciwiał, na wzgardą nas wszystkich poniżony będziesz; i wyjechawszy Justynian z Turonu, gdy był w Wercellis mieście Włoskiem, słusznym sądem Bożym skarany jest, i tam w obcej stronie umarł.
Przecie Turończycy na jego miejsce, w złości swej trwając, obrali Armeneyusza; a Brykeyusz w Rzymie mieszkając, płakał za grzechy swoje, Mszy tam nie mając, a pokutując za to, że przeciw świętemu grzeszył. Potem siódmego roku z mocą papiezką wracał sią do Turonu, i będąc blizko we wsi Laudyaku sześć mil od Turonu, Armencyusz na febrą zachorowawszy, o północy umarł. Co P. Bóg wnetże widzeniem objawił Brykcyuszowi; i rzekł do swoich: Wstańcie, pójdźmy na pogrzeb brata naszego, a gdy oni jedną bramą wchodzili, drugą ludzie Armencyusza umarłego wynosili. I tak sią na biskupstwo swoje Brykeyusz wrócił, i 7 lat na niem potem siedząc, szczęśliwie żywota dokonał; był na onem biskupstwie lat 47. Bogu na wysokości sława na wieki, Amen.
Obrok
Duchowny.
Dziwują sią i Marcina ś. łaskawości, i pokucie Brykcyuszowej, i sądom Bożym sprawiedliwym . Wiedząc ś. Marcin, iż mu Brykeyusz nieżyczliwy, iż go obmawia i lży, gdzie może, jednak mu biskupstwo u Pana jednał, widząc w nim inne cnoty pospolitemu zbudowaniu potrzebne. Dla jednego występku innych cnót w nim sobie nie ohydził, rozumiejąc, iż to był jego najmniejszy grzech, który przeciw niemu czynił, albo i nie grzech, znając sią być takim, jako on mówił; bo święci sami u siebie byli bardzo wzgardzeni, i żadnej zelżywości ludzie na nie kłaść nie mogli, którejby oni sami pierwiej nie włożyli, i onej sią być godnymi nie osądzili. A my grzeszni, wnet dla małego występku albo niedostatku, brata sobie i inne dary Boże w nim ohydzamy; jeżeli nam samym nieżyczliwy, choćby w innych był Bogu najpożyteczniejszy, tedy to nam nie smaczno. Nie tak czynili święci Bozi.
2. Nie tac jest największa przygana, iż człowiek w grzech wpadnie, krew kością ludzką uwiedziony, ale ta iż z nich nie powstaje, a długo leży. Także ułomną naturą mieli święci, jako i my, upadając w grzechy, ale większa czujność, i gorące powstanie do pokuty, świętymi je uczyniło. Ten zacny Brykeyusz grzech miał obmowy, zazdrości, i nadętości niejakiej; ale patrz, jako pokutuje, i jakiemi cudami Pan Bóg pokutą jego miłą być pokazał. 3. A jednak go pokarał Pan Bóg na świecie, z dziwnych sądów swoich; jako on cudom ś. Marcina nie wierzył, tak też lud jego cudom prawdziwym i dziwnym, któremi się z potwarzy onej oczyszczał, wiary nie dał, i trudności wielkich na biskupstwie, według proroctwa ś. Marcina, użył. Obacz, jako Pan Bóg grzech i przewinienie odpuściwszy, karanie doczesne zostawuje, którem sprawiedliwości swojej dosyć czyni.