9. Października.
Żywot św. Ludwika Bertranda, dominikanina.
Podczas ogromnych zaburzeń i zamieszek, jakie w szesnastym wieku spowodowali w Niemczech i we Francyi Luter, Zwingliusz i Kalwin, panował w Hiszpanii jak najgłębszy spokój, kwitły cnoty a spokoju religijnego nic nie zamąciło. Były to czasy, w których rozeszła się po całym świecie sława pobożności św. Ignacego Lojoli, św. Piotra z Alkantary, św. Teresy, św. Jana od krzyża, św. Franciszka Ksawerego, św. Jana a Deo, św. Franciszka Borgiasza, św. Tomasza z Willanowa, św. Franciszka Solana, i św. Ludwika Bertranda, którego pamiątkę wdzięczna potomność w dniu dzisiejszym obchodzi.Ludwik urodził się d. i Stycznia r. 1526. Był synem pisarza miejskiego Jana Ludwika Bertranda w Walencyi (w Hiszpanii.) Już jako małe dziecię oddawał gorącą cześć P. Jezusowi utajonemu w Przenajświętszym Sakramencie ołtarza. Gdy rzewnie płaczącego zaniesiono do kościoła, osychały z łez oczy jego, twarz jaśniała radością, a rączki składały się do modlitwy. Nie mając jeszcze lat pięciu, modlił się przez większą część nocy, póki go sen nie zmorzył; wtedy układał się na twardej ławie albo na gołej podłodze. Wstrzemięźliwy w pokarmach, skromny w odzieży, trzymając na uwięzi oczy i słuch, przeztrzegał przyzwoitości w obcowaniu z ludźmi i lubo był żywy, tak powściągliwym był w słowie, że nigdy się nie unosił gniewem lub niecierpliwością. Gdy w domu widział gniew ojca, matki, lub któregokolwiek z rodzeństwa, albo brał książkę moralną i czytywał im z niej stosowne miejsce, albo dopóty ich błagał, aby z gniewu ochłonęli, póki nie osiągnął celu swej prośby.
Wcześnie poczuł w sobie pow ołanie wstąpienia do zakonu św. Dominika, aby się oddać służbie Bożej i Kościoła św. Długo to trwało, zanim ojciec na to zezwolił. Z radością i ochotą wstąpił Ludwik w ślady swego krewnego św. Wincentego, i przysposabiał się do swego zawodu pilnością w naukach, gorliwością w modlitwie, punktualnością w posłuszeństwie i surowością w umartwieniach ciała. Ponieważ w modlitwie popadał częstokroć w zachwycenie, i nie wiedział, gdzie jest, czy w niebie, czy na ziemi, zapytał pewnego razu swego przeora O. Jana Mikona, co to znaczy. Przełożony odpowiedział mu na to: ,,Podziękuj Bogu, tą łaską nie wszyscy się poszczycić mogąc Skoro otrzymał święcenia kapłańskie, zwierzchność klasztorna zamianowała go magistrem nowicyuszów. Ludwik odpowiedział powziętemu zaufaniu przełożonych. Żądał od uczniów, aby zawsze mieli zwrócone oczy na krucyfiks, i aby codziennie rozpamiętywali mękę i śmierć Jezusa. Tymczasem umarł mu ojciec. Wdzięczny syn przez ośm lat oddawał się jak najsurowszej pokucie, aby wyzwolić jego duszę z czyśca. Gdy wybuchła zaraza w Walencyi, on najgorliwiej biegł na pomoc chorym, wspierając ich według przemożenia i sposobiąc ich na
drogę wieczności.
W r. 1562 wybrał się do Ameryki, aby tam głosić dzikim prawdy Ewangielii św. Bóg go przy tej sposobności natchnął darem języków o tyle, że dzicy każde jego słowo dokładnie pojmowali. Tysiące Karaibów przyjęło chrzest i przejmowali się duchem łagodności i miłości, jakim przyświecał ich duchowny ojciec. Straszne jednakowoż były cierpienia i walki, jakie musiał staczać z piekłem. Nieraz umierał prawie z głodu, nieraz strzały dzikich widział wymierzone w swą pierś, nieraz miotano na niego najbezecniejsze obelgi i potwarze. Najwięcej przeszkód doznawał od urzędników hiszpańskich, którzy chciwością i zdzierstwem dawali się srodze we znaki biednym Indyanom. Nogi jego ciągle pokryte były jątrzącemi ranami z powodu nie godziwych dróg; nigdy jednak nie tracił humoru, wszystko znosił cierpliwie, zapatrując się na krucyfiks. Gdy go pewnego razu urzędnicy królewscy zaprosili na obiad, napomniał ich surowo, aby przestali lud gnębić.
Po siedmiu latach odwołany został do Europy i powierzonemu urząd przeora i kaznodziei. Lubo zawsze marzyło męczeńskiej koronie w Ameryce, wrócił na rozkaz i pracował gorliwie na nowym urzędzie około zbawienia dusz. Aby sobie wybłagać błogosławieństwo Boże w nowym zakresie działania, podwoił dzieła pokuty, posty i modlitwy. Gromił surowo nieprawości i zgorszenia osób wysoko położonych i najwyższe godności piastujących, nie lękając się ich pogróżek i gniewu.
W ostatnich dwóch latach życia poczęły go trapić różne dolegliwości i choroby. Wśród tych udręczeń pozostała pogodną twarz jego a usta jego szeptały słowa św. Augustyna: ,,Tutaj siecz, trap, piecz mnie, Panie, ale ulituj się za to nade mną w wieczności!" Mimo słabości nie opuszczał nigdy Mszy św .,póki się tylko mógł podźwignąć. Gdy go sługa prosił, aby się ochraniał i modlitwy w łóżku odmawiał, odpowiedział z u śmiechem: ,,Nie bój się, bracie; Sakrament święty nikogo jeszcze nie dobił."
W godzinę śmierci kazał sobie odczytać ewangielią Jana św. i przepisane przez Kościół modlitwy za umierających, a gdy odmawiano słowa: ,,Wolna od więzów ciała niech dusza jego wejdzie do chwały niebieskiej, wyzionął ducha d. 9 Października 1580. Świadkowie zgonu jego ujrzeli blask oświecający całą celę. Papież Paweł V. zaliczył go w roku 1608 do błogosławionych, a Klemens X. 1671 do Świętych.
Nauka moralna.
W skład gorliwości chrześcijańskiej wchodzą dwa, że tak powiem, czynniki, czyli siły; t. j. miłość Boga i wstręt przed obrazą Jego. Gorliwość jest obowiązkiem każdego katolika, i zobowiązuje ona go z dwóch szczególnie powodów:
1) Jesteśmy dziećmi Adama. Chrzest św. oczyścił nas z grzechu i uwolnił nas od wszelkiej winy i kary do tego stopnia, iż, kto zaraz po chrzcie umiera, staje się natychmiast uczestnikiem szczęścia wiekuistego. Mimo to nie jesteśmy wolni od niektórych skutków i następstw grzechu pierworodnego, jakiemi są np. pociąg do zmysłowości, podleganie rozmaitym cierpieniom i chorobami konieczność śmierci. Te trzy ułomności zrównoważył jednak Zbawiciel trzema cnotami Boskiemi: wiarą, nadzieją i miłością, ułatwieniem przystępu do Sakramentów świętych i potęgą modlitwy. Wspomniane powyżej dozgonne następstwa grzechu pierworodnego nakładają na nas obowiązek zwalczania pociągu do zmysłowości za pomocą łask Boskich, znoszenia trudów i mozołów powołania naszego na większą cześć i chwałę Boga i chętnego poniesienia ofiary życia, jakiej nam dał przykład sam Pan Jezus. Zdrożności i zbrodnie, jakie się dzieją na świecie, winny nam być bodźcem do zwiększenia naszej gorliwości w unikaniu grzechu i wyrzeczeniu się szata na i wszelkich spraw jego.
2) Jesteśmy dziećmi Boga. Chrzest św. udzielił nam łaski uświęcającej, wycisnął na nas piętno dzieci Bozkich i uprawnił nas do spadkobierstwa po Jezusie Chrystusie. W zamian za to wielkie dobrodziejstwo ciąży na nas obowiązek, abyśmy się starali poznać trójjednego Boga z Jego objawień i z trzydziestotrzyletniego żywota Pana Jezusa na ziemi i umiłować Trójcę św. z całej duszy i wszystkich sił naszych. Prawda, że i najdłuższy przeciąg żywota nie starczy na to, aby dokładnie poznać 12 artykułów wiary, 7 Sakramentów św. i przykazania Boże, ale przekonanie to winno nam przynajmniej służyć za przestrogę i naukę, jak bardzo, mianując się dziećmi Boga, zobowiązani jesteśmy do chrześcijańskiej gorliwości. Nie zaniechajmy przeto wejrzeć w głąb duszy naszej, czy posiadamy potrzebny zapas tej gorliwości, jeśli pragniemy z Ludwikiem św. wejść do chwały wiekuistej.
Modlitwa.
Boże wszechmocny, racz łaskawie
sprawić za przyczyną sługi Swego,
Ludwika św., abyśmy nigdy nie ostygli
w gorliwości, do jakiej nas zobowiązuje
Wiara święta, i aby każda myśl,
każde słowo, każdy czyn, całe życie
nasze miało na oku cześć i chwałę
Twoją. Przez Jezusa Chrystusa, Pana
naszego. Amen.