ŻYWOT Ś . ELEUTERYUSZA SŁUGI BOŻEGO, pisany od świętego Grzegorza Wielkiego papieża, Dialog lib. 3., cap. 33. Żył około Roku Pańskiego 590.
Eleuteryusz zakonnik klasztoru świętego Marka Ewangelisty przy mieście Spoletańskiem, długo tam w klasztorze moim ze mną mieszkając, umarł. O którym jego uczniowie powiadali, iż płacząc umarłego wskrzesił; bo był mąż takiej prostoty i takiej skruchy, iż w tem nie wątpię, że one łzy z pokornego i prostego serca pochodzące, u Pana Boga Wszechmogącego wiele mogły. Jego niektóry cud powiem, do którego się i sam w prostocie, gdy go pytano, przyznał. Dnia jednego idąc w drodze do klasztoru się panieńskiego skłonił, gdzie było dziecko jedno, którego duch zły na każdę noc trapił. Mniszki skoro męża onego Bożego przyjęły, prosiły go, mówiąc: Niech z tobą ojcze to pacholę przez tę noc zostanie. On je przyjął, i wedle siebie do spania położył. A skoro rano, pytały go pilnie mniszki, jeżeli mu się w czem dziecię ono w nocy nie uprzykrzyło? on dziwując się, iż o to pytały, rzekł: Iż w niczem; i oznajmiły jako go na każdą noc duch nieczysty Przy nim będący gaba. Przytem prosiły go bardzo, aby to dziecię z sobą wziął do klasztoru, bo na trapienie jego już same patrzyć nie mogły. Przyzwolił starzec i wziął z sobą synaczka onego do klasztoru, gdzie długo mieszkał, a już duszny nieprzyjaciel do niego przystąpić nigdy nie śmiał. Z uzdrowienia pacholęcia onego, nieco się starzec rozweselił; bo przed bracią mówił: Z onych sióstr djabeł się śmiał, ale gdy do sług Bożych dziecię to przyszło przystąpić do niego dalej nie śmie; skoro to wyrzekł, tejże godziny djabeł się do dziecięcia wrócił, i srodze je przed wszystką bracią trapić począł.
Co widząc starzec, udał się do płakania, i długo nie przestając gdy go bracia cieszyli, odpowiedział: Wierzcie mi, iż żaden chleba w usta swe dziś nie włoży, aż to dziecię wolne od djabła zostanie. Tedy wszyscy na modlitwę padli i tak się długo modlili, aż dziecko ono zdrowe i wolne od trapienia zostało, tak doskonale, iż nigdy napotem nieprzyjaciel przystąpić do niego nie śmiał. Wierzę, iż się w niego była jaka mała pycha wkradła, że też P. Bóg chciał, aby cuda onego, uczniowie jego uczestnikami byli, bo iż sam ciężaru cudu takiego nosić nie mógł, rozdzielił się nim z bracią. Jaką moc miała jego modlitwa, ja sam na sobie doznałem. Czasu jednego gdy mdłość cierpiałem, i prawie do skonania przychodziłem, (i gdyby mię byli bracia pokarmem nie posilili, już bym był umarł), nadchodził dzień Wielkanocny, przed którym soboty, w którą i dzieci małe poszczą, pościć nie mogąc, bardziej mię to, aniżeli niemoc sama trapiło; i smutne ono serce prędzej znalazło radę, żebym tego męża Bożego do kościoła wprowadził, i prosił go, aby mi na on dzień tak wiele u P. Boga uprosił mocy, gdybym go przepościć mógł. Co się tak stało; bo skorośmy do kościoła weszli, on pokornę modlitwę z płaczem zaczął i skończywszy po chwili wyszedł; a żołądek mój za jego błogosławieństwem, taką siłę uczuł, iż mi wypadło z myśli jedzenie i choroba odeszła. Dziwowałem się, iżem się tak dobrze miał, będąc niedawno chorym; gdym wspomniał na niemoc przeszłą, nie czułem nic w sobie, a bawiąc się około zabaw i usług klasztornych, zapomniałem choroby mojej; gdy zaś mi przyszła na myśl, czułem się tak mocnym, iż gdy wieczór przyszedł, mogłem i na drugi dzień post przewlec; i tak na sobie doznałem, że to wszystko była prawda o tym mężu, com słyszał, a przyczem sam nie byłem; Bogu chwała na wieki wieków, Amen.