Gdyby Turcy zdobyli Wiedeń i usadowili się w samym środku Europy, rozprzęglaby się Rzesza Niemiecka, przepadłoby ich cesarstwo, ale też na tych, którzy bezczynnie na to zezwoliliby, spadlaby klątwa dziejów za zdradę chrześcijaństwa. Jakkolwiek spory nurtowały w chrześcijaństwie, obowiązkiem było, przeciw Turcyi trzymać się razem. Prócz jednej Polski nie spełniło żadne państwo tego obowiązku. Tem większa dla nas chwała, żeśmy ocalili chrześcijaństwo. Zebrawszy 34,000 wojska, ruszył Sobieski do Krakowa, a stąd przez Górny Ślązk i Morawy, śpiesznemi pochodami pod Wiedeń, posyłając z drogi ciekawe listy do „Marysieńki". Blizko Wiednia połączyły się z nim wojska z krajów dziedzicznych habsburskich, pod księciem Karolem Lotaryńskim, a z książąt Rzeszy Niemieckiej tylko dwóch: Emanuel bawarski i Jan Jerzy saski. Król polski, jako sławny na cały świat i doświadczony już w bojach z Turkami wódz obiął naczelne dowództwo. Cesarz Leopold, pan oblężonego Wiednia, nie przybył całkiem do wojska, schroniwszy się dalej na zachód do Lincu. Dnia 11 września doszło wojsko chrześcijańskie na Kalenberg, ostatnie wzgórza pod Wiedniem. Nazajutrz uderzono na rozległy obóz turecki i polska husarya rozstrzygnęła bitwę, która się skończyła zupełnym pogromem Turków. Dnia 13 września wjeżdżał Sobieski w tryumfie do wybawionego Wiednia, przyjmowany z zapałem i z oznakami największej wdzięczności. Dnia 15-go września przyjechał też cesarz pod Wiedeń i spotkał się z królem polskim w Szwechacie, wiosce, w okolicy Wiednia. Zachował się wobec króla polskiego bardzo chłodno. Sobieski narzekał, że urzędnicy cesarscy żałują obroku koniom polskiego rycerstwa! Niektórzy radzili, żeby wracać do domu, ale król chciał zadać stanowczy cios muzułmaństwu i postanowił wypędzić ich z Węgier. Pod Parkanami zwiódł bitwę jeszcze większą, niż pod Wiedniem. Pierwszego dnia bitwy opuściły go pułki niemieckie, to też przeważające siły tureckie omal nie zadały mu klęski; po dwóch dniach poszedł na bój na nowo z samymi tylko Polakami i odniósł świetne zwycięstwo, poczem zdobył miasto Ostrzykom. Natenczas Niemcy opuścili go do reszty! Bali się obecności Polaków na Węgrzech; bali się, żeby Węgrzy nie przylgnęli do naszych i żeby nie zechcieli zamienić twarde jarzmo habsburskie na łagodne rządy polskie. Urzędnicy i przywódcy cesarscy poczęli przeszkadzać na każdym kroku ruchom polskiego wojska, które nieraz nie miało żywności. W grudniu wrócił więc król do Polski.
Sojusz z cesarzem zobowiązywał nawzajem do dostarczenia posiłków Polsce; ale nie zobaczył nikt nigdy ani jednego niemieckiego żołnierza w walce o Podole. Król walczył w Polsce sam przez dwa lata. Odnosił świetne zwycięstwa i w r. 1685 byłby już odzyskał Podole, gdy w tem straszny wylew Dniestru zniweczył wszystkie wojskowe plany. Na rok 1686, obmyślano nową wyprawę. Sobieski chciał przebić się przez Podole i Ukrainę na Wołoszczyznę i marzył o tem, że wrazie zwycięstwa, nie spocznie, aż pod Biurami Konstantynopola. Cesarz przyrzekł posiłki. Chodziło o to, żeby nie mieć niespodzianki od strony wschodniej. Zrzekała się Polska na zawsze ziem zadnieprskich i samego Kijowa za sojusz przeciw Turcyi. Umowę tę z Moskwą zawierał z polskiej strony Krzysztof Grzymułtowski i stąd zowie się traktatem Grzymultowskiego. Nadto miano za posiłki przeciw Turcyi zapłacić skarbowi carskiemu półtora miliona talarów, tak, że Moskwa nie ponosiłaby nawet żadnych kosztów. Stanęły więc umowy i król Jan Sobieski wyruszył na nową wojnę. Przezwyciężył wszystkie przeszkody i chociaż z wojskiem uszczuplonem, stanął nad dolnym Dunajem. Tu miały nadejść posiłki niemieckie i moskiewskie. Nie nadszedł znikąd ani jeden żołnierz, wystawiono Polskę umyślnie na sztych; co więcej, Wołoszyn, który miał się połączyć z wojskiem polskiem, przeszedł do Turka. Trzeba było dużo roztropności i męstwa, żeby w takich warunkach odprowadzić wojsko do domu wśród ciągłych podjazdów wołoskich i tureckich. Ażeby utrudzić ten odwrót, podpalono stepy, a rycerstwo polskie wracało przez kilkumiłowe kłęby dymu z tej pamiętnej ,,sojuszniczej" wyprawy. I po tem wszystkiem jeszcze jedna wyprawa w r. 1691, znowu na Mołdawy i znowu w sojuszu z cesarzem, ażeby znowu nie dostać całkiem przyrzeczonych posiłków! Pokoju król z Turcyą nie zawierał, bo według traktatu z r. 1683, pokój miał być zawierany wspólnie; na Węgrzech trwała zaś dalej wojna i na Podolu nie brakło też drobniejszych podjazdów. Dopiero za następnego króla, gdy Turcy ustąpili już z Węgier, zawarto pokój i wtenczas Podole wróciło do Polski. Jan III Sobieski nie dożył już owoców swych zwycięstw. Umarł ten dzielny monarcha w r. 1696.
Feliks Koneczny, ,,Dzieje Polski" T. II, str. 162-164