Żywoty św. Joanny Franciszki Chantal, zakonodawczyni.
Ten tylko uczuje szczęście należenia do Kościoła katolickiego, kto pozna całą wielkoduszność i moralną doskonałość, do której doszła św. Joanna na łonie tegoż Kościoła. Urodzona w mieście Dijon r. 1572 z rodziców znakomitego rodu, straciła rychło matkę, ale ojciec jej, Benignus Fremiot, prezydent w Burgundyi, szlachcic wysokich zalet, zastąpił jej matkę. Joanna była panienką przecudnej urody, sprytną, dowcipną, żywą i pojętną, ale przytem potulną, nabożną i wielką czcicielką Matki Bozkiej.
Z namowy ojca poszła za barona Chantala, dworzanina i ulubieńca króla Henryka IV. Ponieważ mąż był ciągle na usługach dworskich, Joanna mieszkała w zamku Bourbilly i zarządzała jego majątkiem
Dwudziestoletnia baronowa była wzorem chrześcijańskiej matrony. Najrychlej wstawała, ostatnia kładła się do łoża, wszystkiem zajmowała się osobiście, płaciła służbie sowite zasługi, zatrudniała ją pożytecznie, przestrzegała porządku i wzajemnej miłości i pobłażliwości między czeladką pałacową, słuchała co dzień w kaplicy Mszy św., gromadziła co wieczór domowników na wspólną modlitwę i chodziła z nimi w niedzielę i święta do dość odległego kościoła. Służba kochała i szanowała ją jakby matkę własną. Gdy męża nie było w domu, żyła samotnie, nie przyjmowała wcale, albo rzadko wizyty, trawiła czas na modlitwie, i pocieszała chorych i biednych okolicznych; gdy baron był w domu, była dlań przywiązaną małżonką, baczną na jego skinienie i odgadującą myśli jego.
W r. 1599 panował wielki głód. Joanna karmiła głodnych i wyznaczyła jednę z panien izdebnych, ażeby wstydzącym się żebrać zanosiła jałmużnę. Z sześciomilowego okręgu zbiegali się ubodzy do zamku Bourbilly, a Joanna niestrudzona rozdawała im zupę i bochenki chleba. Izdebna doniosła jej, że niektórzy żebracy nadużywają jej szczodrobliwości i pobierają po trzy, a nawet po cztery razy na dzień pożywienie. Na to odpowiedziała Joanna z uśmiechem: ,,Widziałamć ja to sama; ale mimo to daję im, ile razy żebrzą, z obawy przed Panem Jezusem, który nas też z kwitkiem nie odsyła i nie mówi już wam dałem. Jak biednymi bylibyśmy, gdyby nam było wzbronione prosić Go co dzień po kilka razy o chleb duszy naszej" Niezadługo poczęła służebna biadać: ,,Cóź poczniemy, mamy tylko korzec mąki i korzec żyta w zapasie, toć to nie wystarczy nawet na potrzeby pałacu." ,,Nie możemy odsyłać biednych, i odrzekła łagodnie Joanna. ,,Dzielmy się póki mamy coś: Pan Jezus dopomoże nam i nadal." I stał się cud, miech nie wypróżnił się przez pół roku, póki trwał głód i niedostatek.
Z powodu słabości wziął baron Chantal dymisyą i złożył urząd. Joanna nie odstępowała ani we dnie, ani w nocy łoża chorego, póki mu się nie polepszyło, poczem przyrzekli sobie obaj jeszcze gorliwiej służyć Bogu. Gdy wyzdrowiawszy poszedł Chantal z kilku przyjaciółmi na polowanie, zszedł przez nieostrożność z wyznaczonego stanowiska. Jeden z gości słysząc, że w gęstwinie coś zaszeleściało, strzelił i ugodził barona w serce. Padając na ziemię, zawołał Chantal: ,,Umieram, przyjacielu, lecz z całego serca ci wybaczam" Tak odebrał Bóg wiernej małżonce ukochanego męża, Joanna owdowiała licząc lat 29 i pozostała sama na świecie z czworgiem potomstwa; najmłodsze dziecię liczyło dopiero trzy tygodnie. Od tej chwili wstąpiła na drogę krzyżową, ciernistą i bolesną, ale kroczyła nią z odwagą
bohaterską. Z obowiązała się ślubem do czystości, rozdarowała kosztowną odzież i złotolite materye pomiędzy kościoły, zaprowadziła oszczędność w wydatkach, czas i chwile wolne poświęciła dzieciom i ubogim, porę ranną i wieczorną modlitwie i rozpamiętywaniom. Po upływie roku żałoby musiała się przenieść do teścia zamieszkałego w Montholon i przebyć tam siedm lat smutku i utrapień. Niedołężny ten starzec wskutek dawnych grzechów był niewolnikiem swej gospodyni Gertrudy, kobiety niegodziwej, która Joannie i jej dzieciom mocno się dawała we znaki i coraz nowe wynajdowała dokuczliwości. Świątobliwa wdowa wszystko znosiła spokojnie, płacąc dobrem za złe, myjąc, ubierając i ucząc dzieci Gertrudy i usługując im, jak prosta dziewka.
Miała Joanna spowiednika, uczciwego kapłana, ale niezdolnego rozumieć ją. Ksiądz ten kazał jej ciągle
modlić się, pościć, biczować, co bynajmniej się nie przyczyniało do uspokojenia i pociechy jej serca; mimo to wykonywała jak najskrupulatniej jego zlecenia. Wolne godziny spędzała u chorych i u nędzarzy. Pewną kobiecinę, której ztoczył rak nos, wargi i policzki, pielęgnowała z rządkiem poświęceniem przez cztery lata.
Pragnęła Joanna wstąpić do zakonu i w tej mierze zasięgała rady św. Franciszka Salezego. Ten radził jej założyć stowarzyszenie niewiast pod nazwą ,,Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny," (czyli Wizytek.) Zgodziła się na to baronowa; ale najprzód trzeba było pamiętać o dzieciach, co jej sprawiło niesłychanie wiele umartwień, gdyż familia nie chciała ich puścić. Gdy nareszcie nastała chwila rozstania, ileż udręczeń znieść musiało macierzyńskie jej serce! Biedni, czeladka, sędziwy ojciec, wszyscy biadali; dzieci z zaczerwienionymi od łez oczyma uwiesiły się jej u szyi, najmłodsze klęczało przed nią, szlochało i położyło się u progu komnaty, wołając: ,,Mamo, depc po mojem sercu, jeźli mnie chcesz opuścić." Udręczona matka drgnęła, przez gęste łzy spojrzała w niebo, przeszła ponad głową dziecięcia, opuściła wspaniałe pokoje, aby zamieszkać w ubożuchnej celi klasztorku. Miłość Boga przemogła w niej macierzyńskie przywiązanie do dzieci.
W r. 1610 św. Franciszek przyodział ją i dwie towarzyszki w habit. Nowa zakonnica rozpoczęła zawód pielęgnowania chorych po domach i ubogich mieszkaniach miasta Annecy. Na wszystkiem jej zbywało; ale gorliwość jej wszystkiemu zapobiedz zdołała, wszystkim umiała zadość uczynić, wszelkie potrzeby zaspokoić. Źli ludzi i szatan starał się jej stawiać nieprzezwyciężone przeszkody, ale ,,silna niewiasta wszystko pokonała. Wkrótce połączyły się z nią nowe towarzyszki, prosiły o przyjęcie dziewice szlacheckich rodzin francuzkich i sabaudzkich, księżniczki ofiarowały swe skarby i bogactwa na założenie nowych klasztorów ,,Panien Wizytek, Po niewielu latach naliczono już siedmdziesiąt cztery domy. Walki, podróże, mozoły, wysilenia i starania Joanny były niesłychane, ale wszystkiemu ostatecznie podołać zdołała. Prócz tego trapić ją zaczęły cierpienia cielesne, pokusy duszne, różne wątpliwości i obawa, aby nie obraziła czem Pana Boga. Mimo to nie traciła nigdy ducha i mawiała: ,,Z wszystkich występków najobmierzlejszą mi jest rozpacz; wolą Boga jest, aby nasza nędza była tronem Jego miłosierdzia."
Jeden cios po drugim uderzał w tkliwe i czułe jej serce; to dochodziły ją wiadomości o powolnem wymieraniu członków jej familii, to inne smutne wieści; nareszcie doniesiono jej, że skonał jej duchowny ojciec, św. Franciszek Salezy. Mimo to nie wyszła skarga z jej ust, nie osłabła w modlitwie, a życzeniem jej najgorętszem było: ,,Panie, niwecz, odcinaj, wypalaj wszystko, co się nie zgadza z wolą Twoją świętą."
Podczas wizytacyi zapadła w klasztorze w Moulins na niebezpieczną febrę. W obliczu śmierci podyktowała list pożegnalny do swych córek duchownych, przyjęła Sakramenta święte i skonała z imieniem ,,Jezus" na uściech dnia 12. Grudnia 1641. Wspaniały pogrzeb w Annecy był chlubnem świadectwem uwielbienia i miłości, jaką się cieszyła przewielebna ,,matka Chantal." Benedykt XIV. przyjął ją między błogosławionych 1751 r., Klemens XIII. w r. 1767 między Świętych i wyznaczył uroczystość jej imienia na dzień 21. Sierpnia.
Z namowy ojca poszła za barona Chantala, dworzanina i ulubieńca króla Henryka IV. Ponieważ mąż był ciągle na usługach dworskich, Joanna mieszkała w zamku Bourbilly i zarządzała jego majątkiem
Dwudziestoletnia baronowa była wzorem chrześcijańskiej matrony. Najrychlej wstawała, ostatnia kładła się do łoża, wszystkiem zajmowała się osobiście, płaciła służbie sowite zasługi, zatrudniała ją pożytecznie, przestrzegała porządku i wzajemnej miłości i pobłażliwości między czeladką pałacową, słuchała co dzień w kaplicy Mszy św., gromadziła co wieczór domowników na wspólną modlitwę i chodziła z nimi w niedzielę i święta do dość odległego kościoła. Służba kochała i szanowała ją jakby matkę własną. Gdy męża nie było w domu, żyła samotnie, nie przyjmowała wcale, albo rzadko wizyty, trawiła czas na modlitwie, i pocieszała chorych i biednych okolicznych; gdy baron był w domu, była dlań przywiązaną małżonką, baczną na jego skinienie i odgadującą myśli jego.
W r. 1599 panował wielki głód. Joanna karmiła głodnych i wyznaczyła jednę z panien izdebnych, ażeby wstydzącym się żebrać zanosiła jałmużnę. Z sześciomilowego okręgu zbiegali się ubodzy do zamku Bourbilly, a Joanna niestrudzona rozdawała im zupę i bochenki chleba. Izdebna doniosła jej, że niektórzy żebracy nadużywają jej szczodrobliwości i pobierają po trzy, a nawet po cztery razy na dzień pożywienie. Na to odpowiedziała Joanna z uśmiechem: ,,Widziałamć ja to sama; ale mimo to daję im, ile razy żebrzą, z obawy przed Panem Jezusem, który nas też z kwitkiem nie odsyła i nie mówi już wam dałem. Jak biednymi bylibyśmy, gdyby nam było wzbronione prosić Go co dzień po kilka razy o chleb duszy naszej" Niezadługo poczęła służebna biadać: ,,Cóź poczniemy, mamy tylko korzec mąki i korzec żyta w zapasie, toć to nie wystarczy nawet na potrzeby pałacu." ,,Nie możemy odsyłać biednych, i odrzekła łagodnie Joanna. ,,Dzielmy się póki mamy coś: Pan Jezus dopomoże nam i nadal." I stał się cud, miech nie wypróżnił się przez pół roku, póki trwał głód i niedostatek.
Z powodu słabości wziął baron Chantal dymisyą i złożył urząd. Joanna nie odstępowała ani we dnie, ani w nocy łoża chorego, póki mu się nie polepszyło, poczem przyrzekli sobie obaj jeszcze gorliwiej służyć Bogu. Gdy wyzdrowiawszy poszedł Chantal z kilku przyjaciółmi na polowanie, zszedł przez nieostrożność z wyznaczonego stanowiska. Jeden z gości słysząc, że w gęstwinie coś zaszeleściało, strzelił i ugodził barona w serce. Padając na ziemię, zawołał Chantal: ,,Umieram, przyjacielu, lecz z całego serca ci wybaczam" Tak odebrał Bóg wiernej małżonce ukochanego męża, Joanna owdowiała licząc lat 29 i pozostała sama na świecie z czworgiem potomstwa; najmłodsze dziecię liczyło dopiero trzy tygodnie. Od tej chwili wstąpiła na drogę krzyżową, ciernistą i bolesną, ale kroczyła nią z odwagą
bohaterską. Z obowiązała się ślubem do czystości, rozdarowała kosztowną odzież i złotolite materye pomiędzy kościoły, zaprowadziła oszczędność w wydatkach, czas i chwile wolne poświęciła dzieciom i ubogim, porę ranną i wieczorną modlitwie i rozpamiętywaniom. Po upływie roku żałoby musiała się przenieść do teścia zamieszkałego w Montholon i przebyć tam siedm lat smutku i utrapień. Niedołężny ten starzec wskutek dawnych grzechów był niewolnikiem swej gospodyni Gertrudy, kobiety niegodziwej, która Joannie i jej dzieciom mocno się dawała we znaki i coraz nowe wynajdowała dokuczliwości. Świątobliwa wdowa wszystko znosiła spokojnie, płacąc dobrem za złe, myjąc, ubierając i ucząc dzieci Gertrudy i usługując im, jak prosta dziewka.
Miała Joanna spowiednika, uczciwego kapłana, ale niezdolnego rozumieć ją. Ksiądz ten kazał jej ciągle
modlić się, pościć, biczować, co bynajmniej się nie przyczyniało do uspokojenia i pociechy jej serca; mimo to wykonywała jak najskrupulatniej jego zlecenia. Wolne godziny spędzała u chorych i u nędzarzy. Pewną kobiecinę, której ztoczył rak nos, wargi i policzki, pielęgnowała z rządkiem poświęceniem przez cztery lata.
Pragnęła Joanna wstąpić do zakonu i w tej mierze zasięgała rady św. Franciszka Salezego. Ten radził jej założyć stowarzyszenie niewiast pod nazwą ,,Nawiedzenia Najśw. Maryi Panny," (czyli Wizytek.) Zgodziła się na to baronowa; ale najprzód trzeba było pamiętać o dzieciach, co jej sprawiło niesłychanie wiele umartwień, gdyż familia nie chciała ich puścić. Gdy nareszcie nastała chwila rozstania, ileż udręczeń znieść musiało macierzyńskie jej serce! Biedni, czeladka, sędziwy ojciec, wszyscy biadali; dzieci z zaczerwienionymi od łez oczyma uwiesiły się jej u szyi, najmłodsze klęczało przed nią, szlochało i położyło się u progu komnaty, wołając: ,,Mamo, depc po mojem sercu, jeźli mnie chcesz opuścić." Udręczona matka drgnęła, przez gęste łzy spojrzała w niebo, przeszła ponad głową dziecięcia, opuściła wspaniałe pokoje, aby zamieszkać w ubożuchnej celi klasztorku. Miłość Boga przemogła w niej macierzyńskie przywiązanie do dzieci.
W r. 1610 św. Franciszek przyodział ją i dwie towarzyszki w habit. Nowa zakonnica rozpoczęła zawód pielęgnowania chorych po domach i ubogich mieszkaniach miasta Annecy. Na wszystkiem jej zbywało; ale gorliwość jej wszystkiemu zapobiedz zdołała, wszystkim umiała zadość uczynić, wszelkie potrzeby zaspokoić. Źli ludzi i szatan starał się jej stawiać nieprzezwyciężone przeszkody, ale ,,silna niewiasta wszystko pokonała. Wkrótce połączyły się z nią nowe towarzyszki, prosiły o przyjęcie dziewice szlacheckich rodzin francuzkich i sabaudzkich, księżniczki ofiarowały swe skarby i bogactwa na założenie nowych klasztorów ,,Panien Wizytek, Po niewielu latach naliczono już siedmdziesiąt cztery domy. Walki, podróże, mozoły, wysilenia i starania Joanny były niesłychane, ale wszystkiemu ostatecznie podołać zdołała. Prócz tego trapić ją zaczęły cierpienia cielesne, pokusy duszne, różne wątpliwości i obawa, aby nie obraziła czem Pana Boga. Mimo to nie traciła nigdy ducha i mawiała: ,,Z wszystkich występków najobmierzlejszą mi jest rozpacz; wolą Boga jest, aby nasza nędza była tronem Jego miłosierdzia."
Jeden cios po drugim uderzał w tkliwe i czułe jej serce; to dochodziły ją wiadomości o powolnem wymieraniu członków jej familii, to inne smutne wieści; nareszcie doniesiono jej, że skonał jej duchowny ojciec, św. Franciszek Salezy. Mimo to nie wyszła skarga z jej ust, nie osłabła w modlitwie, a życzeniem jej najgorętszem było: ,,Panie, niwecz, odcinaj, wypalaj wszystko, co się nie zgadza z wolą Twoją świętą."
Podczas wizytacyi zapadła w klasztorze w Moulins na niebezpieczną febrę. W obliczu śmierci podyktowała list pożegnalny do swych córek duchownych, przyjęła Sakramenta święte i skonała z imieniem ,,Jezus" na uściech dnia 12. Grudnia 1641. Wspaniały pogrzeb w Annecy był chlubnem świadectwem uwielbienia i miłości, jaką się cieszyła przewielebna ,,matka Chantal." Benedykt XIV. przyjął ją między błogosławionych 1751 r., Klemens XIII. w r. 1767 między Świętych i wyznaczył uroczystość jej imienia na dzień 21. Sierpnia.
Nauka moralna.
Krótki zarys żywota św. Joanny słaby tylko i niezupełny podaje nam obraz tej pięknej duszy. Dla tego umieszczamy tutaj krótkie przemówienie, jakie miała do sióstr zakonnych o zaparciu się samego siebie.
1) ,,Pan nasz przywiązał nagrodę Swej miłości i naszego szczęścia wiekuistego do zwycięztwa, jakie odnosimy nad sobą samymi: Zamiarem waszem przy wstąpieniu do stowarzyszenia ,,Nawiedzenia N. M. Panny" powinno było być rozłączenie się ze sobą samemi a połączenie z Bogiem. Lichą drobnostką jest osobistość nasza: cała wasza czynność i praca będzie bezowocną, jeśli się nie zaprzecie siebie samych. Wtedy tylko będziecie oblubienicami Bożymi, jeżeli ujaźmicie swój rozum, wolę i skłonności, aby się stać podobnemi Bogu. Narzeczony serc waszych pragnie, abyście z nim wstąpiły na górę Oliwną. Wabi On was tam, gdzie się pozwolił uwieńczyć cierniową koroną, obedrzeć ranne ciało z szat, przybić do krzyża, napoić żółcią, zelżyć, słowem, gdzie poniósł za Was mąk tysiące. Tam powinnyście chętnie i radośnie obrać mieszkanie swoje, tam wiernie go naśladować, a naśladowanie to polega właśnie na zaparciu się samych siebie i dążeniu do doskonałości Jego. Przychodzimy na świat surowe, nieogładzone, pełnej złych skłonności, które stłumić w sobie należy; jeśli tego zaniechamy, nigdy nie zbliżymy się do Niego w świętości i doskonałości.
2) Winnyście się umartwić i oddać się skrępowane w ręce tych, co wam przewodniczą, słuchać ich w prostocie i pokorze ducha, stłumić i nakazać milczenie draźliwości swej. Opierając się woli przełożonych, nigdy nie zostaniecie oblubieńcami Chrystusa i nie dojdziecie do doskonałości; jeśli dobrowolnie wyrzeczecie się własnej woli, uczujecie słodycz w służbie Bożej i skosztujecie rozkoszy polegającej na pokonaniu przyrodzenia i jego popędów. Taka jest nagroda zwycięzców, mówi Pan: ,,Dam im ukrytą manną a pomywanie jej odbierze im zamiłowanie rozkoszy ziemskich, i Ale pamiętajcie, że tylko zwycięzcy skosztują manny, która nie jest przeznaczoną dla dusz bojaźliwych, lecz dla silnych i odważnych, dla dusz, które stanowczo sobie przedsięwzięły zrzec się wszystkiego, co się sprzeciwia woli Bożej, co jest grzesznem, dla dusz wreszcie, które tłumią w sobie wszelkie złe zachcianki, i wszystkiego się wyrzekają. Takie dusze wszystko posiędą. Siła ta winna być spokojną i łagodną, ale niewzruszoną i wytrwałą. Miłe córki, gromcie odważnie i mężnie swego wroga; śmierć jego da duszom waszym życie i spokój. Znam osobę, która na tej drodze niesłychane uczyniła postępy i w krótkim czasie o wiele dalej zaszła, niż inne, które z mniejszą energią dążyły do zaparcia się samego siebie.
ks. Ojca O. Bitschnau’a ,,Żywoty świętych pańskich podług najlepszych źródeł" str. 731-735
1) ,,Pan nasz przywiązał nagrodę Swej miłości i naszego szczęścia wiekuistego do zwycięztwa, jakie odnosimy nad sobą samymi: Zamiarem waszem przy wstąpieniu do stowarzyszenia ,,Nawiedzenia N. M. Panny" powinno było być rozłączenie się ze sobą samemi a połączenie z Bogiem. Lichą drobnostką jest osobistość nasza: cała wasza czynność i praca będzie bezowocną, jeśli się nie zaprzecie siebie samych. Wtedy tylko będziecie oblubienicami Bożymi, jeżeli ujaźmicie swój rozum, wolę i skłonności, aby się stać podobnemi Bogu. Narzeczony serc waszych pragnie, abyście z nim wstąpiły na górę Oliwną. Wabi On was tam, gdzie się pozwolił uwieńczyć cierniową koroną, obedrzeć ranne ciało z szat, przybić do krzyża, napoić żółcią, zelżyć, słowem, gdzie poniósł za Was mąk tysiące. Tam powinnyście chętnie i radośnie obrać mieszkanie swoje, tam wiernie go naśladować, a naśladowanie to polega właśnie na zaparciu się samych siebie i dążeniu do doskonałości Jego. Przychodzimy na świat surowe, nieogładzone, pełnej złych skłonności, które stłumić w sobie należy; jeśli tego zaniechamy, nigdy nie zbliżymy się do Niego w świętości i doskonałości.
2) Winnyście się umartwić i oddać się skrępowane w ręce tych, co wam przewodniczą, słuchać ich w prostocie i pokorze ducha, stłumić i nakazać milczenie draźliwości swej. Opierając się woli przełożonych, nigdy nie zostaniecie oblubieńcami Chrystusa i nie dojdziecie do doskonałości; jeśli dobrowolnie wyrzeczecie się własnej woli, uczujecie słodycz w służbie Bożej i skosztujecie rozkoszy polegającej na pokonaniu przyrodzenia i jego popędów. Taka jest nagroda zwycięzców, mówi Pan: ,,Dam im ukrytą manną a pomywanie jej odbierze im zamiłowanie rozkoszy ziemskich, i Ale pamiętajcie, że tylko zwycięzcy skosztują manny, która nie jest przeznaczoną dla dusz bojaźliwych, lecz dla silnych i odważnych, dla dusz, które stanowczo sobie przedsięwzięły zrzec się wszystkiego, co się sprzeciwia woli Bożej, co jest grzesznem, dla dusz wreszcie, które tłumią w sobie wszelkie złe zachcianki, i wszystkiego się wyrzekają. Takie dusze wszystko posiędą. Siła ta winna być spokojną i łagodną, ale niewzruszoną i wytrwałą. Miłe córki, gromcie odważnie i mężnie swego wroga; śmierć jego da duszom waszym życie i spokój. Znam osobę, która na tej drodze niesłychane uczyniła postępy i w krótkim czasie o wiele dalej zaszła, niż inne, które z mniejszą energią dążyły do zaparcia się samego siebie.
Modlitwa.
Boże, któryś Swą służebnicę Joannę tchną dziwną silą zdania się na wolą Twoję świętą, racz i mnie dać tę łaskę, abym we wszystkich strapieniach i przeciwnościach poddał się Twym świętym wyrokom i tym sposobem osiągnął Franciszkę i jej cierpieniach na szczęście wiekuiste. Przez tegoż Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i z Duchem świętym w jedności żyje i króluje po wszystkie wieki wieków. Amen.