ŻYWOT Ś. BERNARDA Z KLAREWALLI OPATA, pisany od Gwilicima
Bonoe vallis opala, i od Godefryda mnicha Claroe vallis.
Żył około Roku Pańskiego 1120.
W Burgundyi jest miasteczko Fontana w którem ś. Bernard rodzice miał uczciwe i pobożne; ojciec jego Tesselinus stary żołnierz, żył według Ewangelii na żołdzie swym przestając, a nikomu krzywdy nie czyniąc; matka Aleta w bojaźni Boskiej dom rządziła, i rządkiem szczęściem a łaską od Boga osobną, Kościołowi Bożemu z mężem swym sześciu mnichów, a siódmą mniszkę powiła. Siedmioro tych dzieci mając, wszystkie się na służbę Bożą szczęśliwie obróciły, a ziemi i majętności ich ziemskiej, żaden z dzieci dziedzicem nie został; to jakoby Duchem Bożym wiedząc, każdy płód swój Bogu po porodzeniu matka ofiarowała; żadnego dziecięcia od piersi swych mamkom nie dała, tak synów i córki wychowała, jakoby z nich pustelnicy być mieli, potrawim miękkich broniąc, a do grubych je przyuczając. Kosząc w żywocie syna trzeciego, tego to Bernarda, śniło się jej, iż szczenię w żywocie jej białe szczekało; o co się duchownego jednego radząc, usłyszała: Nie bój się, urodzisz wielkiego kaznodzieję, który wilków i nieprzyjaciół kościelnych prześladować będzie. To słysząc matka pocieszona będąc, skoro dziecię dorosło, pilnie go uczyć dała. Synaczek on był dowcipny w nauce, prosty w obyczajach i do rzeczy świeckich nie sposobny; spokojnym, wstydliwym, posłusznym i miłym wszystkim stawił się. Młodziuchnym będąc zachorował raz na głowę, którą gdy mu jedna niewiasta leczyć szeptaniem i gusłami chciała, porwał się z łóżka, i odpędził ją, jako sługę djabelską od siebie, wnet wiarę jego Pan Bóg wdzięczną sobie pokazując, uzdrowił go po onem porwaniu się.
Nazajutrz iż był dzień Narodzenia Bożego, gdy z innemi dziećmi i żaczkami, Jutrzni czekając, trochę, zasnął, widział Pana Jezusa jakoby dopiero narodzonego. Dzieciątko dziwnej a niewymownej łagodności na łonie Przeczystej Matki; to widzenie, póki żył, wielkie mu nabożeństwo czyniło, i nauki a mowy, około tej tajemnicy, w pisaniu i kazaniu przyczyniało. Matka jego w młodych leciech, jako jedna mniszka żyjąc, szczęśliwie przy Psałterzu i litaniach konała. A gdy kapłani śpiewali: Przez krzyż i mękę twoję wybaw nas Panie; ona się żegnając, duszę Panu oddała, i ręki już sama nie spuściła. Dorastając Bernard, a będąc w spojrzeniu urody pięknej, czart na jego czystość wiele białychgłów pobudzał; i gdy go jedna zacna w zamknieniu z nim do grzechu przywodziła, z komory od niej uciekł. Drugi raz zapatrzył się na jednę pannę, a potem postrzegłszy się, wstydził się sam siebie, i karząc się, pobiegł w zimne jezioro, i tam bardzo uziębły będąc, wieczną sobie czystość u Pana Boga zjednał. Innym razem w drodze gospodyni urodą jego uwiedziona, gdy wszyscy posnęli, do łóżka jego przyszła. A on widząc sidła diabelskie, i jako mu ona niewiasta łóżko najpilniej i ochędożniej, niżeli innym słała, zawołał: Złodziej, złodziej. Porwali się wszyscy, ona uciekła, i nic nie znaleźli. Zła żona, drugi raz i trzeci o toż się kusiła, ale ją św. młodzieniec tak, jako pierwiej, zbywał. I gdy go towarzysze pytali: Czemu się tak często jemu o złodziejach śniło? Odpowiedział: Zaprawdęć był wielki złodziej, który mi najdroższy skarb czystości ś. wykraść chciał.
A widząc ś. młodzieniec, iż zewsząd są pokusy, niebezpieczeństwa i sidła do grzechu w świeckiem życiu, począł o zakonnein myślić; i długo się rozmyślając, do któregoby się klasztoru obrócić miał, nakoniec do Cystercyeńskiego udać się umyślił. Kilkanaście przedtem lat Stefan niejaki, chcąc regułę św. Benedykta reformować, surowie zaczął, i ucznie zbierać począł; ale do onej ostrości żywota nie wiele ich szło, której się nie bojąc św. Bernard, zakonu onego świętego niepłodność, nie tylko samym sobą, ale i innem towarzystwem nagrodzić chciał. Gdy bracia i powinni te jego myśli poczuli, bardzo mu odradzali; ale on w tej mierze szczęśliwy był, gorącem sercem przekładając świata tego omylność, do grzechów dróg wiele, srogość sądu Bożego, piekła ciężkość, naśladowania Chrystusowego słodkość; najprzód wuja swego Galdryka, zacnego żołnierza, na to namówił, aby z nim w Cystercyum zakon przyjął. Potem pięciu braci swych rodzonych, jednego tylko najmłodszego zaniechywając, tąż gorącością serca swego pozyskał. Najstarszy brat jego Gwido, już żonę miał i dzieci, przyzwolenia tylko od żony prosił. Ona nie chciała, a Bernard jej rzekł: Albo przyzwolisz, albo umrzesz rychło; i tak się stało, zachorowała, przyzwoliła, i sama mniszką została. Drugi brat starszy przed nim Gerardus, mężny żołnierz, i któremu się na świecie powodziło, śmiał się z braci; temu rzekł Bernardus: W tym boku włócznia będzie, i tobie serce otworzy do dobrego; tak się wkrótce stało : ,,przebity włócznią na wojnie, prawie umierając, ślub uczynił iść za bratem do klasztoru." Wiele innych młodzieńców, i statecznych a dojrzałych mężów już był namówił ś. Bernard, z takiem szczęściem, iż ojcowie synów kryli, żony mężów, bojąc się, aby za nim wszyscy nie poszli.
Zostawał już sam stary ojciec jego, z jednym synem najmłodszym i z córką; i gdy zmówiwszy się Bernard z towarzyszami, których miał już blisko 30, wychodził z domu ojca swego, Gwido, najstarszy brat, widząc Niwarda onego najmłodszego z dziećmi igrającego, rzekł: Niwardzie, już ty sam dziedzicem wszystkiego dobra naszego zostaniesz.' A on nie dziecinną odpowiedź dał, mówiąc: Bardzo dobrze, nie równo się dzielimy, mnie dajecie ziemię, a sobie bierzecie Niebo, i w krótkim czasie za nimi do klasztoru pobiegł. Dwadzieścia i trzy lata miał Bernard ś., (po 15 roku gdy się zakon Cystercyeński stanowił) B. P . 1113, kiedy do klasztoru z towarzyszami wstąpił. Dopiero zakon Cystercyeński zakwitnął, a rozszerzył się od morza do morza. A iż wiele ludzi w małżeństwie będących, i między onymi przednimi towarzyszami ś. Bernarda, potem mnichami zostawało; dla żon ich, które także. stawały się mniszkami, zbudował Bernard ś. klasztor Willetum nazwany.
Rok w celi nowicyuszem siedząc, na wielką się bogomyślność zdobył; dla słodkości którą miał w rzeczach Boskich, jakoby ciała na sobie nie czuł, tak o nic nie dbał. A mniemając, aby mu nic nabożeństwa nie przybywało, wszystko na się wołał: Bernardzie, na coś tu przyszedł; o żadnej rzeczy wiedzieć nie chciał, jedno o Panu Bogu, i długo w jednej komorze mieszkając, nie wiedział, jeśli jest sklepista, albo nie; i w kościele nie wiedział, aby dwa na wschód okna były. Do stołu szedł, jako drugi do ciężkiej roboty, albo męki, aby co trochę zjadł; strzegł się w jedzeniu, żeby co nazbyt nie było, a posty i czucia wielkie czynił. A iż był z przyrodzenia na duszy do cnót wszystkich skłonny, ale na ciele słaby, rychło mu się żołądek popsował. W nauce świętej wziął światłość, i nie czytając doktorów, z samego pisma, jako i oni brał, niby z skarbnicy; rozmyślaniem, modlitwą, a pustynią on skarb kopając. Gdy go kto spytał: zkąd takiej nauki dostał? Mówił: Doktorowie, powiada, moi są lasy i dęby; większy,
prawi, smak mam, czytać szczerze pismo, z modlitwą je mieszając. Wszakże doktorami świętymi nigdy nie gardził, i nabożnie je czasem czytał, ich rozumieniu swój rozum poniżając. Gdy czego robie dla słabości ciała swego z bracią nie mógł, innemi podłemi posługami nagradzał. A raz gdy żęli bracia prosił P. Boga, aby mu dał siły tak wiele, żeby z nimi żąć mógł, i uprosił; a z tego wielce był kontent.
Posłany jest potem do Szczepana opata na pustynię, którą potem Clara valis nazwano, aby tam klasztor założył, a sam tam opatem i starszym był, i nabrawszy braci nieco, bardzo tam nędznie i w ubóstwie wielkiem żył, tak , iż potrawy sobie z liścia dębowego czynić musieli. Wielkie miał jako na początku, tak im dalej większe pragnienie, dusze Bogu pozyskować; zkąd też, zawżdy w płaczu i pokucie będąc, niczem się nigdy innem ucieszyć nie mógł, jedno gdy ludzie się do Pana Boga i ciasnego żywota cisnęli.
Na początku był ciężki na bracią, mniemając, aby takim i wszyscy być mogli, jakim on był; najmniejsze grzechy za wielkie poczytał; lecz gdy bracia czcząc go i miłując, pokornie wszystko cierpieli, potem się spostrzegł i umiał odtąd niedoskonałościom ludzkim ugadzać. Ojciec jego stary przyszedł do niego i do synów swych, i mnichem zostawszy dobrze dokończył życia swego. A siostra już za mężem będąc, pięknie ubrana i ze sługami do klasztoru przyszła, pragnąc widzieć Bernarda brata swego. Zastała u wrót odźwiernym Jędrzeja brata swego drugiego, który oznajmił ś. Bernardowi, iż tak ubrana przyszła. A on rzekł: Sieci na niej djabelskie na zwodzenia dusz, i wynijść do niej nie chciał. Żaden też brat rodzony jej się nie ukazał; ona się frasując, narzekała u wrót i płakała, a odejść nie chciała. Gdy usłyszała przez wrota, iż ją gnojem pięknie u winionym zwali, dopiero tem więcej wołała, płacząc a mówiąc: Chociemci grzeszna, wszak dla grzesznych Chrystus umarł; przetoż rady szukam i rozmowy u świętych, nie gardźcie duszą moją. To słysząc Bernard wyszedł do niej, i pierwszem słowem radził jej, aby wróciwszy się do domu, ubiory one i próżność zrzuciła, a matkę dobrą naśladowała; i dobrze ją nauczywszy, a zbudowawszy, odprawił. Rozmowa ona i nauka taką moc w sercu jej wzięła, iż nie tylko próżności, ubiory i zwyczaję niewiastom pospolite zrzuciła, ale się też pilnie prosiła u męża, aby za jego dobrem dozwoleniem do klasztoru iść mogła. Po 2 leciech ledwie to mąż uczynił i według zwyczaju kościelnego, sam też w czystości zostając, onę do klasztoru białychgłów do Willetu od św. Bernarda założonego odesłał; gdzie żyła i umarła w wielkiej świątobliwości.
Wymówić trudno, jako się wsławiły św. Bernarda jeszcze młodego w leciech, cnoty wielkie; biegli do klasztoru jego ludzie bogaci na wielkie ubóstwo, rozkoszni na wielką nędzę, uczeni na wielką pokorę, zacni na wielką wzgardę; a między innymi, brat króla Francuzkiego Henryk, mnichem u niego został. Nie pomnieli ci, samych się siebie zapominając, czem byli, jedno żeby krzyża Chrystusowego uczestnikami zostawali. W czem gdy miarę przechodzili, a bardzo zdrowia psowali, z trudnością ich do tego przywodził ś. Bernard, aby jedli, co im dadzą a w posłuszeństwie nabożeństwo swoje czynili. Barn gdy zachorował prawie na śmierć, a nic od srogości żywota ustąpić nie chciał, Karalaudeński biskup Wilhelm de Capellis, u Opatów w Cystercyum padłszy krzyżem na ziemię, uprosił, aby go miał w swojem posłuszeństwie do roku, żeby reguły dla zdrowia odstąpiwszy, poprawić nieco zdrowia mógł. Co oni uczynili; i żył pod posłuszeństwem biskupa, nie chowając reguły w jedzeniu i piciu, jako na lekarstwie będący. Ale skoro rok wyszedł, wrócił się do swej w życiu surowości, jako łuk, gdy go zegnie, do swej prostości idzie. Na innych umiał miłosiernym być, a na się był okrutnym ; nakoniec tak żołądek zepsował postami i martwieniem, iż dla cuchnienia, które z ust szło, z bracią bywać pospołu nie mógł. Wszakże Bóg przez onego tam zemdlonego więcej czynił, niżeli przez najzdrowszego.
Tak wiele ludzi do Boga przywodził, Kościołowi powszechnemu służył, odszczepieństwa i kacerstwa w nim psował, pokój między wielkiemi ludźmi stanowił, heretyków pismem i mową jawną przekonywał; tak wiele ksiąg pisał, tak wiele kazań z obfitym pożytkiem czynił, iż mu i w onem zbytniem trudzeniu ciała trudno przyganić; gdyż go tak Duch Pański na pożytek wielu ludzi, i na wzór doskonałości, a na naprawę starej mniskiej reguły sprawował; cudami też Pan Bóg jego dobrą wolę we wszystkiem, i święte postępki potwierdził. Na jego modlitwę Jozbertus niejaki w chorobie mowę straconą odebrał, i bez pokuty a Sakramentów nie umarł. Dziecięciu jednemu uschłą rękę do zdrowia przywrócił. Jednego w chorobę wielką i długą przez czary wprawionego, położeniem na jego głowę naczynia, w którem był Przenajświętszy Sakrament, zleczył i czartowską moc odegnał. Bratu jednemu dla tajemnej przyczyny do stołu Bożego przystąpić nie pozwolił, on przecie przystąpił dla wstydu; a iż odrzucić mu go nie godziło się, prosił Pana Boga ś. Bernard, aby on sam tę rzecz poznał. Wziął Ciało Boże uporny brat, ale go połknąć nie mógł; i po Mszy do nóg jego upadł, znając winę swoją, którego gdy rozgrzeszył, dopiero przełknął i pociechę wziął.
Nawiedzali go raz młodzi żołnierze światu hołdujący, chcąc go widzieć, a wtenczas były zapusty; prosił, ich ś. Bernard, aby zapustnych gonitewi igrzysk szkodliwych zaniechali, oni nie chcieli tego obiecać. A on rzekł: Mam w Panu Bogu nadzieję, iż mi to da, czego wy teraz nie chcecie. I kazał im piwa przynieść, które przeżegnawszy, rzekł: Pijcie tę ochłodę duszną. Drudzy się ociągali, jako ludzie światowi, bojąc się tego, co potem uczuli, wszakże pili wszyscy i poszli. Skoro z wrót wyszli, skruszyło się tak serce ich nabożeństwem ku Panu Bogu i opuszczeniu świata, iż się wrócili do św. Bernarda i wszyscy sługami Bożymi, w klasztorze zostali. Zachorował raz prawie na śmierć, i zachwycony jakoby na sąd Boży, słyszał, jako czart go obwiniał; gdy przestał mówić, rzekł Bernard: Niegodzienem za wysługę moję wnijść do Królestwa Niebieskiego, ale gdy Pan mój Jezus Chrystus to Królestwo ma swojem prawem dziedzicznem, i przez mękę nabytem, na jednem sam przestaje, a mnie drugiem daruje, tą się ja darowizną chlubię; to słysząc czart, uciekł.
Dziwnie się rozmnożył zakon Cystercyeński, z tej Klarewalli świętego Bernarda, iż po wszystkich królestwach zakwitnął. Bracią z wielką czujnością sprawował i czasem tajemne ich myśli i sprawy przyszłe wiedział. Księżna Lotaryńska źle żyjąc i niezbożnie, widziała przez sen, iż Bernard z jej żywota siedmiu wężów wyciąga; upomniona tem, gdy się ocknęła, dobry i święty żywot w pokucie zaczęła, twierdząc, iż święty Bernard siedm djabłów z niej modlitwą wygnał. Wysokiemi dostojeństwami i wielkich królów przyjaźnią, dla Boga gardził. Arcybiskupstwa Medyolańskiego i Remeńskiego przyjąć nie chciał. Wielką u ludzi: powagę miał i posłuszeństwo, a z żadnej się pracy dla Kościoła Bożego nie wymówił.
Za czasów św. Bernarda stał się w Kościele Bożym wielki rozterek, bo po śmierci Honoryusza II papieża, dobrzy i świętej woli kardynałowie, obrali Innocencyusza II, a inni niespokojni, wtrącili Piotra Leona, którego Anakletem II zwali. Jako w innych królestwach, tak we Francyi, było wielkie roztargnienie, i czyniąc duchowni synod w Stampie, na którym był i król, był też przyzwany święty Bernard. Po długiej rozmowie wszyscy się zdali na ś. Bernarda, widząc, iż był święty człowiek i Ducha Bożego pełny; a on z bojaźnią Bożą radził, aby przy Innocencyuszu stali, i tak uczynili. Bo gdy za chytrością Piotra Leona Innocencyusz z Rzymu był wygnany, we Francyi mieszkał ze czcią przystojną od wszystkich, którego cesarz potem do Rzymu wprowadził.
Gdy się inne strony od onego odszczepieństwa uspokajały, w Akwitanii Wilhelm książę za pobudką odszczepieńca biskupa Gerarda Kościół Boży burzył, i rzeczy papieża fałszywego Leona bronił, a biskupów stronę Innocencyusza trzymających wygnał. Zjechali się do Pertynaku niektórzy biskupi, mając z sobą ś. Bernarda, i chcąc rzeczy uspokoić wyzwali książęcia na rozmowę i prosili go o pokój, żeby przestawał z prawdziwym Pasterzem Boskim; gdy nic nie uprosili, Bernard św. puścił się do innego lekarstwa: miał Mszę, a książę przed kościołem jako wyklęty odszczepieniec w przysionku stał, i odprawiwszy Kommunię, wziął Ciało Boże Bernard święty na patynę i wyszedł z nim przede drzwi, gdzie był książę, i głosem straszliwym, a słowami ognistemi rzekł do niego: Prosiliśmy cię, a wzgardziłeś nami; oto wyszedł do ciebie Syn Dziewicy, głowa Kościoła tego, który ty prześladujesz! oto twój Sędzia, na którego ręce dusza twoja przyjdzie! iżali i nim wzgardzić chcesz, tak jakoś sługami jego wzgardził ? Książe, widząc Przenajświętsze Ciało Pańskie w ręku jego, i że na niego przyszedł duchem mocnym, przeląkł się i zdrętwiał, iż drżąc na ziemię upadł; a podniesiony od swoich, znowu na twarz padł, nic nie mówiąc. Tedy ś. Bernard bliżej przystąpił, i trącając go nogą, wstać mu i słuchać kazał. Oto jest powiada, biskup Piktawski, któregoś mocą wygnał, idź przeproś ojca twego, wprowadź go na biskupstwo, a bądź posłuszny Innonencyuszowi, którego słucha wszystek kościół Boży. Słysząc to Wilhelm, zwyciężony mocą Boską, uczynił wszystko co kazano; poszedł, biskupa przeprosił, i ze wszelką czcią, i jego i innych na biskupstwo wprowadził, i Innocencyuszowi posłuszny był. I tak wrócił się pokoj Kościołowi; bo Bernard św. nie tylko we Francyi, ale w Rzymie i w Sycylii przyzwany do papieża Innocencyusza, wiele trudności swoją wymową, świętobliwością, powagą i mądrością uspokoił, przez 7 lat one niepokoje gasząc. A Gerardus on odszczepieniec nagle umarł; bo zdrowo szedł spać, a nazajutrz go umarłym bez spowiedzi, Sakramentów i przygotowania należytego, znaleziono. Ciało jego Gaufredus biskup Karnoteński z kościoła wyrzucić kazał; a powinni jego, które bogacił, wszyscy na wygnaniu poginęli.
Raz będąc Bernard św. w Medyolanie, przywiedziona mu jest niewiasta, w której piersiach długo djabeł bardzo straszliwy i sprośny mieszkał; przywieść ją sobie podczas swojej Mszy kazał. Stał lud wszystek, mnisi jego i klerycy, modlący się; niewiasta ona, albo raczej czart wydzierając się, uderzyła nogą św. Bernarda; on to cierpiąc, ilekroć nad kielichem i Hostyą krzyż uczynił, tylekroć nad oną niewiastą czarta bijąc, także krzyż czynił. A po pacierzu wziąwszy Ciało Pańskie na patynę, postawił je na głowie niewiasty onej, mówiąc: Oto tu jest złośliwy duchu Sędzia twój, moc Najwyższa! sprzeciwże się teraz, jeżeli możesz, oto tu jest ten, który chcąc cierpieć dla naszego zbawienia, mówił: Teraz książę świata tego wyrzucone będzie; tu jest to ciało, które wzięte jest z czystej Dziewicy, i na krzyżu rozpięte jest, w grobie leżało, zmartwychwstało, w Niebo wstąpiło; mocą jego straszliwą i Majestatem, ja tobie rozkazuję złośliwy duchu, abyś wyszedł od tej sługi Bożej, a do niej się więcej nie wracał. I tak szatan wytrwać nie mogąc, gdy Bernard Mszę ś. kończył uciekł i wolna niewiasta została. Drugich czartów solą i wodą święconą wyganiał, czasem mówieniem Ewangelii i znakiem krzyża św. U Uannetu znalazła się jedna niewiasta rodu zacnego, męża mająca, która z nieczystym duchem w sprośności cielesnej była; ukazał się jej widomie za dnia, (jako sama jawnie opowiadała), czasu jednego, jako żołnierz piękny, i znakami samemi, nic nie mówiąc, pobudził ją do sprośności, iż przyzwoliła na cudzołóztwo. A on mając jej przyzwolenie, rozciągnąwszy swoje ręce, na jednej położył nogi jej, a drugą głowę jej zasłonił, i to był znak ślubu niejakiego z nią, i zmowy. Sześć lat to taiła, a potem nie mogąc nagabania onego wytrwać, do kapłanów się wielu uciekła, ale nic jej nie pomogli. Gdy tedy ta niewiasta o św. Bernardzie usłyszała, padła do nóg jego, prosząc o pomoc, a powiadając, jako jej groził on nieczysty duch, aby do niego nie chodziła, bo skoro powiada. Bernard od ciebie odejdzie, ze mnie miłośnika, będziesz miała prześladownika. Bernard św. użaliwszy się jej, a do P. Boga się z nią obracając, dał jej kij, którym się wspierał, aby go na łóżku, na którym sypia, położyła. Uczyniła tak, żegnając się krzyżem świętym; nie śmiał on djabeł nocy onej i do łóżka przystąpić, jedno zdaleka groził, jako się po odejściu Bernardynowem mścić nad nią miał. Powiedziała to wszystko mężowi swemu, a iż niedziela przychodziła, kazał Bernard św. ludzie zwołać. Byli przy nim dwaj biskupi, Ganfrydus Karnoteński i Brykcyusz Nannietański, a wyszedłszy na ambonę, opowiedział rzecz onę wszystkim, aby za niewiastą Pana Boga prosili, i kazał każdemu mieć świeczkę w ręku, i sam także z biskupami i klerykami uczynił; a przestrzegając ludzi od zdrad djabelskich, i sprośność a cudzołóztwo brzydząc, czarta onego zaklął mocą Chrystusową, rozkazując, aby do onej niewiasty i do żadnej innej przystąpić nie śmiał. Gdy wszyscy świeczki zgasili, moc też djabelska zgasła i ustała; a ona niewiasta spowiedzią i Sakramentami świętemi przeczyszczona, pokutę w pokoju dobrym czyniła.
Szerzyły się klasztory św. Bernarda, a ludzi nabożnych przybywało, które po rozmaitych miejscach na fundowanie klasztorów rozsyłał; i w Rzymie u św. Anastazyusza przed murami bracia jego od papieża przyzwani osiedli. Pierwszym tam był opatem Bernardus, który rychło potem był na papieztwo wzięty i Eugeniuszem III nazwany. Do wielu kościołów na biskupstwa z tego zakonu brano, którzy nauką i przykładem, jacy inni być mieli, ukazowali. Heretyków szczęśliwą wojną przekonywał Bernard św. pismem i na jawnych dysputacyach, a zwłaszcza Abailarda niejakiego doktora i Gileberta biskupa, i Henryka apostatę mnicha, którzy w księgach swoich i w nauce od katolickiej prawdy odstępowali. Wielką miał naonczas u ludzi wszystkich i panów sławę, tak, iż ze wszystkich stron widzieć go i brać od niego błogosławieństwo przyjeżdżali; jednak on wielką pokorę i nizkie o sobie rozumienie zachować umiał.
Gdy cuda przez niego P. Bóg nad chorymi czynił, w tajemnej i towarzyskiej rozmowie, mówił: Nie wiem co się dzieje, ja w sobie żadnej świętobliwości nie czuję; wszakże to nie dla tych, ani z wysług tych, przez które P. Bóg czyni, ale dla innych, a na wiarę potrzebujących, nie na cnotę czyniących je, Pan Bóg patrzy. Wtenczas był najweselszym, gdy od wielkich ludzi, którzy go czcili, przyszedłszy między bracią; jako jeden z nich zostawał. Cierpliwość jego była w wielkiem podziwieniu. Raz przyszedł do niego jeden z tych, których zowią Regulares canonici, prosząc, aby go do klasztoru przyjął; mąż św. kazał mu się wrócić do swego, a on rozgniewany łając świętemu, wyciął mu mocny policzek. Rzucili się inni na niego, a Bernard dla Boga wołał, aby mu nikt nic nie czynił; tak bez żadnego karania puścić go kazał. W ubóstwie rad widział ochędóstwo, i mawiał: Mnieć się ubóstwo podoba, ale plugastwo nigdy. Nakoniec w wielkich pracach i chęci ku służbie Bożej, a pożytkach kościoła Bożego i zbawienia ludzkiego niezwyciężonej, 160 klasztorów fundowawszy, 64 lat przeżywszy, w klasztorze Klarewalli, 770 dusz Bogu służących zostawując, z ciała wyszedł, po zapłatę do tego, dla którego tu robił, wierny i mądry robotnik w domu jego. R. P. 1153 kanonizowany od Aleksandra III po latach dwunastu, na cześć Bogu na wysokości, któremu cześć i sława, teraz i na wieki wieków. Amen.
Nauka Bernarda św., kacerstwom dzisiejszym przeciwna.
Słyszeliśmy święty żywot, słuchajmy i prawowiernej a katolickiej nauki jego, którą po rozmaitych pismach swoich rozsiał; czy tak uczył, jako zwodzą dzisiejsi sektarze.
1. Najprzód na wyznaniu i pokłonie P . Boga w Trójcy jedynego, i na prawdziwem Bóstwie i człowieczeństwie Pana naszego Jezusa, naukę swoję we wszystkich pismach z Kościołem świętym funduje. O pierworodnym grzechu i chrzcie dziatek tak mówi, Ser. 66 super Cantic: Patrzcie na obmówce i na psy (to jest na heretyki), którzy śmieją się z nas, iż chrzcimy niemowlęta, iż się modlirn za umarłych, iż wzywamy przyczyn śś.; z każdego stanu ludzkiego i ze płci obojej wyrzucić chcą Chrystusa, z dorosłych i małych, żywych i umarłych. Krzywdę czynią dziatkom z niepodobności przyrodzenia, a dorosłym z trudności powściągnienia; lubo dziecię o sobie mówić nie może, wszakże krew brata jego i takiego brata (to jest Chrystusa) woła za nim z ziemi do Boga. Stoi i woła za nim matka Kościół święty i samo dziecię wrzeszczy, jakoby mówiło: Moc cierpię, odpowiedz za mnie; prosi o pomoc łaski, bo czuje ucisk pierworodny. Woła jego niewinna nędza, jego niewiadomość, jego niemoc, któremu matka swej użycza wiary, obmywając go w Sakramencie, póki sam ku myślom własnym i ku przyzwoleniu nie przyjdzie, a zakrytej i szczerej wiary nie przyjmie. I niżej: Wielka jest wiara Kościoła świętego, iżali mniejsza, niżeli onej niewiasty Chananejskiej, której wiara, pociechę i samej, i jej córce przyniosła? Przetoż usłyszała: Wielka jest wiara twoja. Iżali jest mniejsza niżeli onych, którzy zarażonego przez pokrycie domu spuszczali, a ztąd duszne i cielesne zdrowie choremu zjednali? których ujrzawszy wiarę Pan, rzekł zarażonemu: Miej dobrą nadzieję synu, odpuszczone są grzechy twoje; kto temu wierzy, łacno go namówić, iż słusznie Kościół nie tylko dziatkom, w swej wierze zbawienie, ale też i dla Chrystusa pobitym niemowlętom koronę męczeńską przypisuje.
2. O prawdzie i obecności Ciała Chrystusowego w Sakramencie, miałeś w jego żywocie; iż tą obecnością i Wilhelma upornego pokonał, i czarty wyganiał, i na innych miejscach tejże prawdy katolickiej naucza.
3. Iż pod jedną osobą za jego czasów dawano, z tegoż się żywota jego pokazuje.
4. O Mszy, po wszystkich swoich pismach ma świadectwa i sam ją sprawował, jako masz w żywocie jego.
5. O mocy kapłańskiej, iż grzechem jej swym nie tracą, tak pisze Ser. 66 in Cantica; Ci, co Kościoła nie znają, nie dziw jest, iż stawieniu i święceniu kościelnemu na kapłaństwo uwłóczą, gdyż ustawnie przyjmują, Sakramentami gardzą i rozkazania nie słuchają. Grzeszni są, powiadają. Apostolscy arcybiskupi, biskupi, kapłani, przyjmować i dawać Sakramentów nie mogą; jakoby to stać pospołu nie mogło, być biskupem i być grzesznikiem. Fałsz to jest. Biskupem był Kaifasz, a patrz jako był grzesznym, iż i Pana na śmierć osądził; przeć nie możesz, aby biskupem nie był, bo cię świadectwem Jana św. przekona, który na znak jego biskupstwa, proroctwo mu przypisuje. Apostołem był Judasz, choć łakomym i złośliwym, jednak od Pana obranym. Iżali ty o jego Apostolskim urzędzie wątpić możesz, którego sam Pan obrał? Iżalim ja prawi, nie dwunastu was obrał, a między wami jeden jest djabeł? a ty przeczysz, żeby ten biskupem nie był, który grzesznikiem jest. Na stolicy Mojżeszowej zasiedli uczeni Faryzeuszowie; ci którzy ich jako biskupów nie słuchali, nieposłuszeństwa grzechy mieli, bo i sam Pan słuchać ich rozkazał: czyńcie, prawi, co mówią. I ztąd to idzie, iż by byli Faryzeuszowie najgrzeszniejsi, tedy dla stolicy Mojżeszowej im służy, co Pan rzekł: Kto was słucha, mnie słucha. Kto wami gardzi, mną gardzi.
6. O Sakramencie ostatniego pomazania olejem ś., tak mówi in vita S. Malachiae Epis.: Przyzwano Malachiasza do chorej niewiasty, aby ją olejem św. pomazał; przyszedł, ale się zdało wszystkim, iż lepiej do jutra branie onej świętości odwlec. Poszedł nazad, dawszy chorej przeżegnanie, a wtem ona umarła. P rzybiegł potem Malachiasz i przystąpiwszy do łóżka, widząc umarłą, zatrwożył się i wołał do P. Boga: Proszę Panie, odpuść mi, otom głupio uczynił; jam zgrzeszył żem odwlókł, nie ta zgrzeszyła która przyjąć chciała; i nie chciał od niej odejść, mówiąc: Ucieszyć się nie będę mógł, jeżeli jej tego nie dam, com jej wziął; i całą noc ciało jej miasto oleju, łzami polewał. Aż umarła ona rano oczy otworzyła i ożyła, a poznawszy biskupa, pozdrowiła go. Wielka się radość wszczęła miasto płaczu; a on dziękując
Pann Bogu, pom azał ją, widząc iż przez ten Sakrament grzechy się odpuszczają, a iż modlitwa z wiary, zbawia chorego. On odszedł, a ona ozdrowiała i żyła niektóry czas, na objawienie chwały Boskiej w niej. I wypełniwszy pokutę, którą jej Malachiasz naznaczył, w dobrej spowiedzi znowu zasnęła i do Pana poszła.
7. Tu masz i pokutę, którą na spowiedzi dają, z wyznania tego ś. Bernarda.
8. O usprawiedliwieniu z uczynków dobrych, tak mówi, in sententiis sectione undecima: Trzy są rzeczy, od których się powściągnąć tym potrzeba, którzy usprawiedliwieni być chcą; najprzód, aby się złych uczynków strzegli; druga, aby cielesnej żądzy zaniechali; trzecia, aby się od świeckiego szkodliwego duszy pieczołowania wstrzymali. A trzy rzeczy czynić mają, które Pan w kazaniu swem na Górze zamknął: jałmużnę, post i modlitwę; bo tak się wypełnia usprawiedliwienie, gdy się od zakazanych grzechów powściągają, a rozkazane dobre uczynki wiernie czynią.
9. O wolnej woli ludzkiej tak mówi, Serm. de duplici Baptism o: Pewni jesteśmy i my, powiada, iż nas ani śmierć, ani żywot, ani mocarstwa, ani Aniołowie, ani wysokość, ani głębokość, oddzielić nie może od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie. Ale przypatrz się, jako wiele wyliczył Apostoł, (bo to jego są słowa) wszakże tego nie przydał: Ani my sami oddzielić się od miłości Bożej nie możemy, bo to ta jest wolność, którą nas Chrystus wyzwolił, iż nas żadne stworzenie odwieść nie może i zniewolić nas nie może, ale sami własną wolą opuścić to możemy, gdy własną żądzą zwiedzeni i odciągnieni będziemy, bo tej się tylko samej bać mamy. Póki sami sobą nie władniemy, bać się nam nie trzeba odrodzonym; także gdy ku rozumowi i ku sobie przychodziemy, zniewolenia się postronnego i wtenczas bać nie trzeba; lecz tej, która śpi na łonie naszem, strzeż się, to jest swej własnej woli, Będzie grzech we drzwiach, ale żądza do grzechu pod nam i jest, tylko nie chciej otworzyć, nie chciej przyzwolenia dać.
10. O wzywaniu świętych i modlitwie ich za nami, Serm. in vigilia Petri et Pauli. Trzy rzeczy są, na które w święto którego świętego patrzyć mamy: na pomoc która jest z niego, na przykład jego i na zelżenie nasze. Pomoc z niego; bo ten który był możny na ziemi, możniejszy jest w Niebie przed obliczem Pańskiem ; jeżeli tu żyjąc, miał miłosierdzie nad grzesznym i modlił się za nami do Ojca, tam bardziej, gdyż w ojczyźnie miłość się nie odmienia, ale się jej przyczynia. Toż mówi i jeszcze więcej, o tem Serm. de S. Victore, gdzie świętego zowie pośrednikiem. Item serm. 2 de Adventu Dom. Do Panny przeczystej tak mówi: Pani nasza, pośredniczko nasza, zjednaj nas z Synem twoim, zalecaj nas i ofiaruj jemu.
11. O modlitwie za umarłych i o czyścu, tak na heretyków narzeka: Ser. 66 in Cantic. Śmieją się z nas, iż się modlimy za umarłych i wzywamy świętych; umarłe z tej pomocy, którą od żywych mają, a żywe z tej która im od świętych zeszłych pochodzi, złupić chcą. Tam że mówi: Nie wierzą o ogniu czyścowym, aby był po śmierci; mówią, iż dusza od ciała rozwiązana, idzie albo na odpuszczenie, albo na potępienie. Niechajże się od tego dowiadują, który rzekł: Iż jeden grzech jest, którego ani tu na tym świecie, ani na przyszłym nie odpuszczą; czemuż to rzekł, jeżeli na onym świecie nie znasz odpuszczenia i oczyszczenia grzechu?
12. O ślubach czystości, ubóstwa dobrowolnego i posłuszeństwa, pełne jego kazania do braci; iż Panna Matka Boża ślub czystości uczyniła, daje znać Homil 3 supra missus est. O postach i dosyć czynieniu pokutnem, wszędzie w swem piśmie naucza.
13.O zwierzchności Kościoła Rzymskiego, tak mówi do papieża Eugeniusza, lib. 2 de considerat. Pytajmy pilnie coś jest, a co za osobę na sobie tego czasu w Kościele Bożym nosisz? Coś jest? Kapłan wielki, najwyższy biskup; tyś książę biskupów, tyś potomek Apostolski, przodkowaniem jesteś Abel, rządzeniem jesteś Noe, patryarchowstwem Abraham , porządkiem Melchisedech, dostojnością Aaron, powagą Mojżesz, sądzeniem Samuel, mocą Piotr, pomazaniem Chrystus jesteś. Drudzy mają pojedynkiem naznaczoną sobie trzodę, a tobie powierzeni są wszyscy; jednemu jedna trzoda, ty zaś nie tylko wszystkich owiec, ale wszystkich pasterzów, jesteś jeden pasterz. Zkąd tego dowiodę? z słowa Bożego; a któremu nie mówię biskupowi, ale Apostołowi, tak mianowicie i zgoła wszystkie owce porzucone są? &c
14. O heretykach tak pisze Epist. 790 ad Innocentium Pontificem contra haeresim Petri Abailardi. O naszem odkupieniu upornie mówić i badać w majestacie poczynając, wyznawa iż o tem zgodna jest wszystkich doktorównauka; a przecie nią gardzi, a swoję przekłada i chlubi się, jakoby miał lepszą; nie wstydzi się, przeciw rozkazaniu mędrca, przestępować kopców, które usypali starszy ojcowie nasi. I na innem miejscu Serm. 66 super Cantica, o nich mówi: Lepiejby, powiada,krom wątpienia, aby mieczem byli pohamowani tego, który nie bez przyczyny miecz nosi, aniżeliby mieli do swego błędu wiele ludzi przywodzić.
Obrok Duchowny.
Za Obrok położę potrzebne słowa jego o mękach piekielnych, abyśmy się od grzechów powściągali, Epist. 253 ad Garinum Abbatem. Dlatego się nieukaranej i zatwardziałej woli, która chociaż do czasu krótko występowała, wiekuiście grzech karze; iż to co było w uczynku krótko, na woli i chęci trwałoby długo, tak, iż gdyby człowiek nigdy nie umierał, nigdyby też grzeszyć nie przestał, owszem dla tegoby zawżdy żyć pragnął, aby zawżdy przy grzechu mógł zostać. Et in lib. meditationum cap. 3. Wypędzeni daleko od ojczyzny rajskiej, wiecznie w piekle męczeni będą, nigdy światłości nie zobaczą, nigdy ochłody nie dostaną, przez tysiąc tysięcy lat w piekle męczeni, a nigdy wybawieni nie będą. Tam i ten co męczy, nigdy się nie zmorduje, i ten co cierpi, nigdy nie umrze; tak tam ogień on trawi, iż przecię nie strawi; tak się męki przyczyniają, iż się zawżdy odnawiają, a nigdy się nie starzeją. A według wielkości grzechu, wielkość też piekła każdy cierpieć będzie; a za jeden grzech, jednakąż inni tacy towarzysze katownią karani będą. My tam słyszeć nie będzie, jedno płacz, wrzask, huk, wzdychanie, zębów zgrzytanie. Nie będzie na co innego patrzeć, jedno na robactwo i na srogie larwy i twarze katów onych, straszliwszych djabłów; gorzeć będą nędznicy w ogniu onym na wieki i dalej. Ciało ogniem, a dusza robakiem złego sumienia trapiona będzie; niewytrwana boleść, straszna bojaźń, nieznośny smród, śmierć duszna i cielesna bez nadziei miłosierdzia; tak umrą, iż zawżdy żyć będą; tak żyć będą, iż zawsze umierać będą. A tak obierajmy sobie jedno z tych dwóch, albo z niebożnymi cierpieć, albo się z śś. na wieki weselić. Dobre i złe, żywot i śmierć, położono przed nami, do którego chcemy ściągać rękę, możemy. Jeżeli nas piekło nie straszy, przynajmniej niechaj nas w Niebie zapłata do siebie wabi.
Ks. Piotr Skarga ,,Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu na każdy dzień T.II", str. 184-192