INNYCH UMĘCZONYCH W AFRYCE, za króla Wandalskiego
Henryka aryanina; pisane od Wiktora z Atyki, który
sam na wiele rzeczy patrzył. Lib. 2 de persecutione Bandalica, Żyli około H. P. 485.
Tak srodze Genserykus król Wanfdalski w Afryce, aryańskim heretyctwem zarażony, Kościół Boży z swymi kłamliwymi doktorami prześladował, wiele katolików mordując i lud wierny gubiąc, iż przedniejsze miasto w Afryce Kartago, biskupa katolickiego przez lat 24 nie miało, i żadnego sobie obrać dla okrucieństwa i niewoli aryańskiej nie mogło. Aż gdy umarł ten niezbożny Genserykus, syn jego po nim Hunerykus na królestwo Afrykańskie nastąpił, który chociaż w tejże niezbożności aryańskiej wychowany i tym jadem zarażony był, wszakże się na początku cichym i łaskawym ku katolikom stawił; a chcąc się pokazać nabożnym, obrócił jad swój na Manichejczyków, których się było mnożyło w Afryce, (jako bywa, iż heretyctwo jedno nigdy samo nie jest, zawżdy z jednego inne, a sobie przeciwne sekty rosną), i szukając ich na śmierć, znalazł, iż z jego ministrów aryańskich najwięcej się namnożyło Manichejczyków. Z tych osobny jeden był Klernencyanus mnich aryański, który napis nosił na boku szaty swej: Manicheusz uczeń Jezusa Chrystusa. Czem się bardzo oburzył i więcej gniewał Hunerykus, iż z jego duchownych, Manichejczyków się namnożyło; gubił je tedy i palił, dając pokój katolikom.
O czem dowiedziawszy się Zeno cesarz pobożny z Placydą małżonką swoją, wyprawił posłów do Iluneryka, prosząc aby w pokoju katolików zachował w swojem państwie, ażeby też dopuścił katolikom w Kartaginie obrać sobie i postanowić biskupa. Zezwolił, na to król, i posłał do Kartaginy swych urzędników z takim dekretem: Za przyczyną, powiada, cesarską, obierzcie sobie biskupa, ale wiedzcie, iż jeżeli cesarz aryańskich doktorów w Carogrodzie i w państwach swoich nie zaniecha, a pokoju im nie da; ja też biskupa, którego obierze i księżą jego, w niewolę oddam. Na to poselstwo westchnęli wszycy wierni, widząc, iż pokój jeszcze tym sposobem nie pewny; i odpowiedź dali starsi posłom królewskim; iż za takiem podaniem nie chcą obierać biskupa, poruczając Kościół Chrystusowi, który go sprawuje. Ale gdy Witaredus królewski poseł nie chciał z takiem poselstwem odchodzić, lud wszystek obrał biskupa Eugeniusza wielkiej świętobliwości i nauki męża. I stało się wielkie katolikom wesele, dzięki Bogu oddającym, i płacz był słyszany, a młódź i lud, który jeszcze biskupa na stolicy swej nie widział, napatrzyć się i napłakać dla radości nie mógł. Eugeniusz z świętych postępków swoich, począł mieć wielką cześć u wszystkich, nie tylko u swych katolików, ale i u Wandalów , iż go ludzie bardzo miłując, zdrowie swoje za niego z radością położyć byli gotowi.
Żadnych dochodów kościelnych nie mając, czynił dziwnie wielkie jałmużny, tak mu zewsząd pieniądze i majętność płynęła. Wszakże pieniędzy żadnych nie chowaj chyba te, które wieczorem noszono, iż ich wydać na ubogie nie mógł, nic się o jutrzejszy dzień nie starając; a Pan Bóg mu jeszcze więcej dawał. Pokora jego, miłość i łaskawość niewypowiedziana była. Gdy się tedy bardzo wsławił i ludziom do serca przypadł, aryańscy biskupi (zwłaszcza jeden zwany Cyrylla) zajrzeć mu poczęli i potwarzy na niego kładli rozmaite. I uprosili u króla, iż w skazał do Eugeniusza, żeby sam na stolicy swej biskupiej nie siadał, ani sam kazania do ludzi czynił; a do tego, aby mężów i białejgłowy w ubiorze Wandalskim,
z kościoła swego wyganiał. Biskup Eugeniusz na to odpowiedział: Dom Boży wszystkim jest otwarty, wyganiać się nikogo nie godzi; a zwłaszcza, iż wiele katolików ubiór Wandalski nosi. Gdy to usłyszał król, postawił u drzw i kościelnych żołnierze, którzy każdemu wchodzącemu, mężczyznom i niewiastom, na których ubiór Wandalski widzieli, osękami żelaznemi włosy z głowy i z skórą łupili. Wiele ich zaraz tem oczy traciło, a drudzy od tego umierali; białegłowy zaś tak oszpecone, po rynku na wzgardę i postrach wodzić kazano; które się jednak w tej nieczci i boleści dla Chrystusa kochały. A nie wiem żadnego z katolików, aby się który dlatego wyznania prawowiernej wiary wstydził, albo zaprzał. Gdy takiem męczeniem, muru mocnego wiary, naruszyć niezbożny król nie mógł, udał się do innego okrucieństwa. Wszystkim katolikom na swym dworze dochody i urzędy odebrał, a drugie do Utyki na rolę i ciężkie niewolnicze i kmiece roboty, w wielkie słoneczne upały posłał. Ludzie miękko wychowani i zacne białogłowy, szły z radością i robiły według możności, dla Chrystusa cierpiąc. Między nim i będąc jeden z suchą ręką od lat dawnych, wymawiał się z roboty; ale gdy bito i przymuszano, a wierni się za niego gorąco modlili, ręka mu ozdrowiała.
To były początki prześladowania katolików. Lecz sroższe potem rzeczy nastąpiły, które P. Bóg widzeniem i znakami rozmaitemi sługom swym oznajmiał. Widział kapłan jeden w kościele ś. Fausta lud wielki, a potem wnet wieprzów i bestyj pełno w nim spostrzegł, i innych wiele straszliwych znaków, ciężkość onego okrucieństwa na Kościół Boży opowiadało. Najprzód tedy tyran obwołać kazał, żadnego mieć na dworze swymi w stanie żołnierskim nie chciał, jedno aryanina. Wiele ich bardzo dla Boga i wiary żołnierstwo porzucili, którym on potem majętności i domy pobrał, i do Sycylii i Sardynii wygnał. Chciał postanowić, aby po zmarłym biskupie katolickim, na króla majętność spadała; ale mu biskupi aryańscy odradzali, mówiąc: Toż naszym w Tracyi cesarz czynić będzie. Kazał i ono niesłychane a bestyalskie okrucieństwo czynić nad mniszkami i dziewicami Chrystusowemi katolickiemi. Zebrawszy się w gromadę, posłał sługi swe z babami i z staremi niewiastami, aby je oglądały, i ciała się ich dotykały, dziewictwa ich doznawając; które zawieszone, a u nóg ich wielkie kamienie uwiązawszy, palić i do boków, brzuchów, piersi ich, ogniste blachy przykładać kazał, pytając ich, a mówiąc: Powiedzcie, jako biskupi i księża wasi z wami sypiają? Wiem , iż wiele ich między nimi z męki onej umarło, a drugie słabe i niedołężne zostały; chciał co znaleźć takiego złoczyńca on, za coby mógł powszechne na katolików prześladowanie (jakoż to wnet uczynił) podnieść.
Ale jaką rzekę łez wylewać mam, opisując jako biskupi, kapłani, dyakonowie i inne członki Kościoła Bożego, (których było 4966) na wygnanie do pustych miejsc prowadzeni są. Wiele było między nimi starych i ślepych; był też z nich jeden Feliks Abderytański biskup, który siedział już na biskupstwie lat 44, powietrzem zarażony, którego jako pień jaki na osła przywiązali. Przyprowadzeni są na miejsce, gdzie je porwać Maurowie i wieść na pustynię mieli. Tam król do nich dwóch panów posłał, którzy im tak mówili: Czemuście uporni, czyńcie wolę królewską, odstąpcie wiary katolickiej, wierzcie po aryańsku, a wolnymi będziecie, i od króla łaskę i wielkie dostatki weźmiecie. A oni wszyscy krzyknęli: Chrześcianie, katolicy jesteśmy; Trójcę jedyną Boga niezwyciężonego wyznawamy. I posadzeni są tam, gdzieśmy jeszcze je nawiedzać i cieszyć, a Mszę dla nich odprawować mogli. Żaden się z nich obietnicami i cierpieniem nie uwiódł. Nadto, gdyśmy w drogę szli, jednęśmy starą niewiastę z synaczkiem ujrzeli, iż ona bieży za nami; pytaliśmy, gdzie idziesz, czemu się tu między nas mieszasz? A ona rzekła: Błogosławcie mi, a módlcie się za tego wnuczka mojego; oto idę z wami na wygnanie, bojąc się, aby go potem nieprzyjaciel i heretyk od zbawiennej drogi nie odwiódł. To słysząc, łzami śmy się zalali, mówiąc: Stań się wola Boża.
Gdy tedy żadnego Aryani namówić na swoją niezbożność nie mogli, posadzili onych świętych do tak ciasnego więzienia, iż jeden na drugim, jako ziarna pszenicy, albo jako stado szarańczy, leżeć musieli; gdzie już żadnego do nich nie przypuszczono i straż srodze bito, jeżeliby ich jaka pociecha od kogo doszła. W onem uciśnieniu przyrodzone potrzeby odprawując, taki smród cierpieli, iż większej męki mieć nie mogli. W kupowaliśmy się czasem do nich, aleśmy musieli po kolana w błocie i smrodzie brodzić. Gdy już nadjechali Maurowie, którzy je mieli prowadzić; w niedzielę wypuszczono świętych wyznawców, i omyć się im z onych smrodów kazano. Śpiewali z radością one słowa: Tać jest sława wszystkich świętych twoich. Był przy nich Cypryan biskup Winzbireński wielki kaznodzieja, który je do męczeństwa i cierpliwości pobudzał, i gotów był za nie zdrowie położyć; który wszystko co miał, z chęcią im rozdał, pragnąc tego, aby na też męki był potępiony, i szedł z nimi długo w towarzystwie; co sobie zjednał u Pana Boga potem, gdy po długiem więzieniu na wygnanie posłany był. Wiele się ludzi katolików do onych Męczenników z miasta i ze wsi zbiegało, wołając: Wy na koronę idziecie, a nas komu zostawicie? kto będzie dziatki nasze chrzcił ? kto nas z grzechów naszych rozwiąże? bo wam rzeczono: Kogo na ziemi rozwiążecie, będzie na Niebie rozwiązany; kto nasze potrzeby odprawować będzie? kto za nas ofiary uczyni? O, jakobyśmy radzi z wami szli, gdybyśmy mogli.
Potem żadnemu z nimi iść i cieszyć ich niedopuszczano, a lud on Boży pchali na drogę Maurowie. Ustawali starzy, młodych miękko wychowanych kijmi popychano i kamieńmi bito, a tych co ustali, uwiązanych wlec jako psów, po ziemi osłom kazano; aby tam przecie pomarli, gdzie król kazał. Umierali wszyscy na ostrych kamieniach pozabijani, których liczby wiedzieć nie mogłem. Ostatek na pustynię przeprowadzono, tam, gdzie niedźwiadków i jadowitej gadziny, która i wzrokiem zabija, było pełno; lecz żaden z wiernych za łaską Chrystusową od nich nie zginął. Tam je ciężkiemi robotami, chleb im tylko jęczmienny dając, trudzono.
Przyszło zaś do rzeczy gorszych. Uczynił Hunerykus i posłał na piśmie do Eugeniusza, i innych po swem królestwie katolickich biskupów, taki dekret: Hunerykus król Wandalski i Alański, wszystkim biskupom Homousyańskim, (tak zwał wyznawców Bóstwa Chrystusowego i Trójcy ś.) dawnośmy, prawi, zakazowali, abyście w państwie naszem schadzek nie czynili i Mszy nie odprawowali, zwodząc dusze chrześciańskie; a iż się prawej wiary chrześciańskiej być mienicie, my nie chcąc w państwach naszych od Boga nam danych wzgorszenia takiego cierpieć, za przejrzeniem Bożem i przyzwoleniem przenajświętszych biskupów naszych, tośmy postanowili; abyście się do Kartaginy, bojaźni żadnej nie mając, na dzień 1 lutego zjechali, a z naszym i biskupami dysputę uczynili, podpierając nauki swej z szczerego Pisma św., żeby się pokazało, jeżeli całą wiarę trzymacie.
Ten dekret gdyśmy usłyszeli, a król go w dzień Bożego Wstąpienia, w kościele czytać jawnie kazał; zadrżały serca nasze, rozumiejąc, iż się na wielkie uciśnienie Kościoła zanosi. Odpowiedź posłom królewskim taką dał Eugeniusz biskup: My od dysputacyi nie uciekamy, ale bez innych zamorskich kościołów i biskupów katolickich, nic o wierze stanowić nie chcemy, gdyż to do wszystkiego się świata
ściąga, a nie do jednego tylko państwa w Afryce. Jeśli moc królewska o wierze naszej, która prawdziwa i jedna jest, sprawę mieć chce; niech pośle do przyjaciół swoich, ja też do braci moich biskupów postronnych pisać będę, którzy jednęż z nami wiarę mają, aby przyjechali a zaraz z nami wiary spólnej podparli; a zwłaszcza Kościół Rzymski, który jest głową wszystkich kościołów. To mówił Eugeniusz, nie iżby Aryanom katoliccy biskupi w Afryce wydołać nie mogli, ale żeby ci przybyli, którzyby będąc od jego panowania wolni, bezpieczniej wiary bronili, a o nędzy się naszej dowiedzieli.
A król tego nie słuchając, biskupy katolickie co najuczeńsze, których się bardziej jego ministrowie bali, kijmi zbił i wygnał z ziemi; zwłaszcza Wybianeńskiego biskupa i Prezydyusza Suffetulańskiego, człowieka wielce uczonego, Mansweta, Germana i Fuszkula kijmi zbić kazał, i zaraz wyrok taki uczynił, aby żaden Aryanin z katolikiem jeść i pić, i towarzystwa mieć nie śmiał. Co było ku wielkiej czci i pomocy katolikom; bo iż mowa ich zaraża jako kancer, a Apostoł i jeść z złoczyńcami nie każe, lepiej się katolikom stać nie mogło. W tym czasie Pan Bóg taki cud przez Eugeniusza ukazał. Był w Kartaginie jeden zacny i wszystkiemu miastu znajomy, ślepy, imieniem Feliks, ten w wigilię Trzech Królów, gdy się do chrztu ludzie gotowali, a biskup wodą nazajutrz miał poświęcać, usłyszał przez sen głos taki: Wstań, idź do sługi mego Eugeniusza biskupa i powiesz mu, żem cię do niego posłał, aby tej godziny, w którą będzie wodę święcić na chrzest, dotknął się oczu twoich, a otworzą się i przejrzysz. Ocucił się Feliks i głosu onego zaniedbywając, zasnął. Drugi raz i trzeci z fukiem taki głos usłyszawszy, porwał się i pobiegł do kościoła, gdy już jutrznię śpiewano. Powiedział biskupowi rozkazanie ono Boskie i rzekł: Kiedy puszczę się ciebie, aż mi oczy wrócisz, boć Pan Bóg kazał. Długo się wymawiał Eugeniusz, mówiąc: Idź precz odemnie, człowieka nademnie grzeszniejszego nie masz, ponieważ na złe czasy trafiłem; a Feliks odstąpić nie chciał; aż gdy już biskup z wielkiem wzdychaniem, ze wszystkimi klerykami wodę poświęcił i modlitwy skończył, gdy mu on Feliks nalegał, rzekł: Powiedziałem ci, żem ja człowiek grzeszny, ale ten który cię nawiedzić raczył, niech ci uczyni wedle wiary twej, a niech otworzy oczy twoje; i położył znak krzyża św. na oczy jego, a wnetże przejrzał.
Wielka się radość katolikom zjawiła, i królowi wnetże oznajmiono, i porwano do króla Feliksa, na którego pytanie on powiadał tak, jak było w samej rzeczy; aaryańscy ministrowie przeć i taić cudu nie mogąc, mówili: Czary to Eugeniuszowe; i radziby byli wnet Feliksa, jako żydowie Łazarza, zabili. Przyszedł nieszczęsny dzień dysputacyi onej; zjechało się wiele katolickich smutnych i nędznych biskupów; długo król nic poczynać nie kazał, chcąc uczeńsze biskupy katolickie tam zebrane wygubić. I spalił tam spotwarzywszy uczonego bardzo człowieka Letusa, chcąc innych tern zastraszyć. Przyszło do dysputacyi; iż katolików było wiele a mało heretyków, aby nie rzekli, iż wielkością wygrali; dziesięciu tylko biskupów na nie wysadzili . A Cyrylla minister na wysokiej się stolicy, jako sędzia, posadził; i począwszy mówić nieco gdy mu chcieli odpór dawać katolicy, zawołał Cyrylla, mówiąc: Rozruch czynią Homousyani, a mówić nam nie dadzą. Co gdy do króla doniósł, kazał biskupy kijm i bić. Tedy zawołał Eugeniusz: Krzywda się nam i nieprawość dzieje, podajcie swe dowody a Cyrylla widząc, iż do dysputacyi ochotni katolicy, zląkł sią i rzekł: Nie umiem po łacinie, i wdać sią w rozmową nie chciał. A nasi na piśmie wyznanie swe i wywody podali: Na czem ślepi nie przestając, biegli do króla, mówiąc: Czynią niepokoje i wrzaski, sprawa z nimi być nie może. Król uwierzył i uczynił, co dawno umyślił; jednego dnia wszystkie kościoły katolickie pozamykał, majętność wszystkich biskupów swym ministrom przysądził; a zebrawszy wszystkie one biskupy, złupić je z odzienia i wypchnąć przed mury kazał, ani powozu, ani żywności żadnej nie dając, owszem zakazując, aby ich w dom nikt przyjąć nie śmiał i nic im nie dawał; a ktoby sią tego ważył, z domem i z majątnością spalony być miał.
Biskupi świąci mądrze uczynili, iść do miasta nie chcieli, uważając, iż sią nie mieli po co do domów wracać, ażeby nie rzekli heretycy, iż od dysputacyi uciekli; ale tylko około murów, na wietrze i ziemi gołej leżeli. I trafiło sią, iż król do sadzawek przejeżdżał; zabiegli mu tedy biskupi, wołając: Czemu nas tak trapisz? cośmy tak złego uczynili? jeżeliśmy na dysputacyą wezwani, a czemużeśmy tak złupieni ze wszystkiego? czemu nam kościoły i domy nasze pobrano? głód nas i nagość ściska, iż tak w gnoju leżeć musim. A król na nie jezdnym przytrzeć kazał, i wiele ich, zwłaszcza starych, tam zdeptanych końmi poległo. I kazano im iść na jedno miejsce, gdzie król w skazał do nich: Jeżeli chcą, abym im kościoły i domy wrócił, niech przysiągną tak, jako tu na tej karcie stoi; a karta była zawarta. Krzyknąli wszyscy: Chrześcianie jesteśmy, Apostolskiej sią wiary jednej prawdziwej trzymamy; a potem gdy ucichli, przymuszano je do przysiągi. I rzekł ś. Hortulanus i Florencyanus do wszystkich: Iżali jesteśmy nieme twarze, abyśmy to poprzysiągać mieli, czego nie słyszymy, ani widzimy? Zaczerń otworzono kartą taką: Przysiążcie mi, (mówi król) iż syna mego Hilderyka, po śmierci mojej, królem mieć chcecie, a iż za morze listów dawrać nie macie. Jedni biskupi chcieli przysiądz, widząc, iż nic nie było przeciw Bogu i wierze, aby za tern pokój był Kościołowi przywrócony, a z ich przyczyny nie ginął do końca. Drudzy nie chcieli, czując zdradą, a mówiąc: Wedle Ewangelii nie godzi sią nam przysiągać; i przysiągli jedni, ale wszystkich przecie do wiązienia dano, i wnet sią zdrada heretycka odkryła. Bo tym co przysiągli, powiedziano od króla: Nad zakazanie Ewangelii śmieliście przysiągać, przetoż do kościołów swych nigdy sią nie wrócicie; ale robić na wieś pójdziecie, tym obyczajem, abyście nie śpiewali, ani sią modlili, ani chrzcili, ani święcili, ani rozgrzeszali. A owym, co nie przysiągli, rzeczono: Niewierniście królowi, przetoście przysiądz nie chcieli; dla czego was poślą do Korsyki drwa rąbać na potrzeby królewskie. Jeszcze byli biskupi oni, na wygnanie osądzeni, z Afryki nie wyszli, gdy ona bestya krwi żarłok rozesłał katów po wszystkiej Afryce, aby jednegoż czasu katolików mączono i na aryańską wiarą niewolono.
Nie było tego miejsca i domu, w którymby wrzasku i płaczu nie było, a nikomu nie przepuszczano, jedno tym, którzy na ich kacerstwie przestawali; wieszano, palono, kijm i zabijano, niewiasty nad przyrodzony wstyd nago wodzono i w gąbą bito. O jednej Dyonizyi powiem: Gdy ją najśmielszą i najurodziwszą widzieli, obnażali ją pod kije, a ona prosiła: Bijcie i mączcie jako chcecie, jedno mią zakryjcie; a oni tem prędzej ją nagą nad inne wyżej na widok wszystkim zawiesili. Zbicia krew jej na ziemią ciekła, a ona wesoło i inne posilała w mąkach. A widząc syna swego młodego, pięknego i jedynego Majoryka, iż on sią bicia boi, srogo na niego patrząc fukała go jako matka, i tak go posilała, źe mążniejszym sią stał, niżeli matka. A gdy go srodze bito, mówiła: Pomnij synu mój, iż w Imią Trójcy świątej w Kościele powszechnym ochrzczeni jesteśmy; nie traćmy zbawiennej szaty, aby nam nie rzeczono: Nie masz sukni godowej, onej sią bój mąki, która nigdy nie minie; i w tern czci godny młodzieniec zmączony skonał. A ona wziąwszy ofiarą oną Bogu wdzięczną, potem go w domu swym pogrzebią i wielki pożytek Bogu w mieście onem niewiasta ta uczyniła, wiele ich utrzymywając w wierze i do mączeństwa przyprawując.
A inne mączeństwa kto wypowie ? rzucano drugich uwiązanych, z góry na kamienie ostre i znowu podnoszono, tak długo, aż skonali. Odzierano z skóry i inne srogości morderskie wymyślano. Druga w mieście Culuzytańskiem imieniem Wiktorya, mająca męża aryanina i wiele dziatek z nim, gdy w górę zawieszoną sieczono, głos taki od męża swego z dziećmi słyszała: Pomnij na mnie najmilsza małżonko! a jeżeli na mnie baczenia nie masz, nie chciej gardzić krwią twoją, synaczkami (którzy stali pod nią) twoimi. Iżaliś nie ty porodziła? iżali to nie boleści żywota twego? wejrzyj na nie, a uczyń co król każe, nie osieracaj mnie miłego męża twego i tych dzieci swoich. A ona jako słup niewzruszonem sercem, ani się na nie obejrzała. Której gdy się już ramiona spadały, a rozumieli wszyscy, iż umarła, złożyli ją za umarłą. Ale jako sama powiadała, panienka jedna stanęła przy niej i dotykając się wszystkich członków jej, z leczyła ją.
Wiktoryana zaś Adrumentyńskiego starostę Kartagińskiego, jako mam wychwalić ? Bogatszego nad niego Afryka nie miała, i król mu nad innych więcej ufał. Wskazał król do niego, aby na jego wierze przestał, a on wielkiem sercem rzekł: Dajcie ogień, żelaza, bestye i wszystkie męki, jeśli na niezbożność kacerską zezwolę, poznacie, iżem próżno w kościele katolickim ochrzczony. Długiemi i niewyliczonemi mękami był męczony, i w nich szczęśliwie dokonał. W Tam basyeńskiem mieście dwaj rodzeni bracia sprzysięgli się cierpieć za wiarę, i prosić katów onych aryańskich aby je jednąż męką i równą trapili, i gubili. Zawieszono je i z uwiązanemi u nóg kamieńmi wisieli cały dzień. Jeden stęskniwszy sobie, prosił na rozmysł; a drugi brat bojąc się, aby się wiary Trójcy św. nie zaparł, wołał na niego: Bracie, czy takżeś przysiągł Chrystusowi? oskarżę cię, gdy przyjdziemy na straszliwy sąd Boży, bośmy na Ciało i Krew Chrystusową przysięgli, abyśmy za niego cierpieli. A brat on tęskliwy to słysząc, zawołał: Nie odwiązujcie mię, bijcie i katujcie, jako chcecie; co brat mój cierpi, to i ja chcę cierpieć. O, jako je męczono, palono, rznięto ostremi żelazami, tak, iż ich katowie odbiegli, mówiąc: Żaden się nie nawróci do wiary naszej, na tych dwóch patrząc; wszakże i siności ran na nich nie znać.
Nie godzi się opuścić osobnego postępku i wolnego języka Murytty dyakona, już w leciech starego. Nie dawno przedtem w kościele św. Fausta wziął był za syna, jako jego chrzestny ojciec, niejakiego Elpidyfora, który zaparł się chrztu ś. i Trójcy ś., i przystał do aryanów, a ten był nad innych okrutniejszy na katolików egzekutor od króla postawiony. Ten gdy miał duchownych męczyć i kleryków; po archydyakonie mianowano Muryttę dyakona, a gotując się na katownię Murytta, gdy go już wiązać poczęto, wyrwał z zanadrza chustkę tajemnie chowaną, w której Elpidyfora ze chrztu podniósł, i taką rzeczą żałośną dziwnie rozrzewnił lud wszystek: To jest, prawi, płótno, i ta jest suknia Elpidyforze przestępniku, znak niewinności, i odrodzenia na synowstwo Boskie, w której ja ojciec twój duchowny ciebie przyjąłem; gdzie jest twoja wiara i wyznanie Trójcy Świętej, któreś na chrzcie uczynił? Co rzeczesz na dzień on, gdy cię spytają, gdzie twoja godowa suknia? zmazałeś niepokalaną szatę, wyzułeś się z błogosławieństwa, a oblokłeś przekleństw o kacerskie, utraciłeś prawdziwego chrztu twego pożytek. Tę szatę, którą Chrystus drogą Krwią swoją polał i okrasił, zarzuciłeś w niedowiarstwie. O jako cię wielkie potępienie i piekło czeka! gdy cię zwiążą za nogi i za ręce, nie takiemi węzłami, jakiem i ty mnie (ojca twego chrzestnego) wiązać każesz. Tę szatę na potępienie twoje ukazuję, i przed Bogiem się i ludźmi oświadczam, żem cię upomniał, i uczestnikiem grzechu i zguby twej nie jestem. To słysząc ludzie, płakali; a Elpidyfora ogień złego sumienia, przed onym piekielnym ogniem, palił. Tak kleryków pomęczywszy, na wygnanie nędzne z rozkazania królewskiego wypchnął.
W Typezie mieście Maurytańskiern, gdy rozkazano po aryańsku wierzyć, jedni uciekli, drudzy zostali; których gdy Cyrylla pochlebnie namawiał, nie tylko się z niego śmieli, ale jawnie w jednym domu Mszę śpiewali, a. król wszystkim języki pourzynać kazał. Jednakże każdy z nich tak dobrze mówił, jako trzeba. Kto nie wierzy, jedź do Konstantynopola, znajdziesz na dworze cesarza Zenona, poddyakona Reparata jednego z nich, który bardzo pięknie wymawia, i dla tego cesarz na niego wielce łaskaw . A kto wypowie srogość onego okrucieństwa? po dziś dzień w Kartaginie napatrzysz się tak wiele katolików, bez oczu, bez uszu, bez nosa, bez nogi, i tak wiele kalek przez okrucieństwo niewiernych aryanów.
Eugeniusz św. biskup na głęboką pustynię w wygnaniu posłany był pod strażą jednego srogiego aryanina Antoniusza; żadnemu do niego przystąpić nie dał i rozmaicie umorzyć go chciał. Tam ś. biskup opłakiwając niepokoje i nędzę kościelną, gdy stare członki swoje tęskliwością i ciężkością więzienia, włosiennicą, na ziemi sypianiem i modlitwami za Kościół Boży trudził, paraliżem zarażony został. Chcąc go Antoniusz domorzyć, ocet mu poniewolnie mocny pić kazał; pił, ale jednak z łaski Bożej szkody na zdrowiu nie odniósł. Tenże Antoniusz biskupa ś. Habet Deum, długo męczył, a do aryańskiej sekty przywodził, i z towarzyszami się założył, iż go aryaninem uczynić miał. Lecz gdy nic nie mógł sprawić, związawszy, go i gębę mu zatuliwszy, po aryańsku go ochrzcił, i odprawiwszy nad nim szatańskie nabożeństwo, rzekł mu: Oto już chrześcianinem jesteś, próżno się królowi wymawiać masz, jużeś jest ochrzczony. A on wolny będąc, rzekł: Niezbożniku, nie masz tam grzechu, gdzie wola nie przyzwoli; ja com wierzył, wierzę, katolik jestem, Trójcę ś. wyznawani, aryańskie bluźnierstwo potępiam. Potem ten Habet Deum i przed królem tyranem , wolniejszy będąc, wiarę katolicką wyznał. Zacnego też medyka Librata z żoną wywoławszy z ziemi, dzieci jego porwano, aby je po aryańsku chrzczono, a dzieci one wołały: Chrześcianie jesteśmy. Ojciec po nich był bardzo smutny, a żona go jego tak cieszyła. Dla dzieci masz miły mężu duszę tracić? rozumiej tak, jakoby się nie rodziły, i dzieci nie zginą, Bóg z niemi będzie. A czyś nie słyszał, jako wołały: Chrześcianie jesteśmy? Tego Librata i żonę jego starali się aryani do sekty swojej przywieść, dla czego posadzili je osobno do więzienia i skłamali przed żoną, mówiąc: Już mąż twój stał się chrześcianinem i króla usłuchał. A ona rzekła, niech go oglądam, a uczynię, co się Bogu będzie podobało. I ukazano go jej między innymi aryaninami stojącego, a ona mniemała, aby się Chrystusa zaparł; skoczyła tedy do niego, i wziąwszy go za kołnierz, dławić poczęła, mówiąc: Zapamiętały człowiecze, niegodny łaski Bożej, krótko się weselić, a wiecznie płakać chcesz ? coć pomoże złoto i srebro, iżali cię z piekła wybawi? A mąż zawołał: Co czynisz? jestem ja katolik, jako i dawno, i będę za łaską Bożą na wieki. Tak się pokazało i męztwo wielkie niewiasty katolickiej, i matactwo a obłudność heretycka. Wiele innych niewypowiedzianych okrucieństw Kościół Boży od tych aryańskich sektarzów ucierpiał, zwłaszcza na duchownych osobach. Lecz P. Bóg zmiłował się nad oblubienicą swoją, i ztrącił z państw a onego tyrana Huneryka, po siódmym roku panowania jego niezbożnego, robactwo go żywego roztoczyli, mięso z niego objedli i kości pogryźli; tak, iż do pogrzebu nie ciało, ale części ciała niesiono. A Kościół swój cierpliwością ukoronowany i krwią Męczenników posilony, i wiarę wyniósł Chrystus Król mocny i uspokoił, a dał zwycięztwo ten, który z Ojcem i z Duchem świętym w jedności Trójcy świętej żyje i panuje, na wieki wieków, Amen.
Obrok Duchowny.
Sekty heretyckie, jedna drugą prześladują, a wszystkie prawdy nie mają i na religię, która sam a prawdę ma, zgodnie biją. W tem się tylko zgadzają, prawdę zgubić a fałsz i niezgody szczepić. Jako gdy złodzieje co kradną, a dzieląc się poswarzą i jeden na drugiego o sprawiedliwość woła; zgodzić je kto chcąc, zawoła na nich, aby szli do wójta, a każdy tam swej sprawiedliwości dochodził; pewnie wnet wszyscy zezwolą na to, chociaż niezgodni między sobą, aby nie chodzili, mówiąc: Wszystkich nas da powiesić. Święta Rzymska Piotra ś. stolica, jest jako wójt i sędzia na heretyki i wszystkie sektarze, którzy się o to między sobą swarzą, co z Kościoła Rzymskiego wykradli. A gdy im kto do zguby drogę ukazuje, a do sędziego, gdzie jest stolica prawdy i sprawiedliwości, iść im radzi, wszyscy się w zdrygają i boją, i na to się zgodzą, iż sędzia zły, nie ma sprawiedliwości i prawdy, a u samych zbiegów i cudze wykradających, sprawiedliwość i prawda została.
Ks. Piotr Skarga ,,Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu na każdy dzień T.II", str. 121-127
Ks. Piotr Skarga ,,Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu na każdy dzień T.II", str. 121-127