Ks. Piotr Skarga: Żywot Św. Saby, Opata



5. Grudnia.

Żywot św. Saby Opata,

pisany od Cyrylla mnicha, sumowany od Metafrasta.

Żył około R. P. 480.

Saba w Kapadocyi we wsi Matulasce, z uczciwych rodziców urodzony, gdy od nich osierocony młodo został, a widział, iż się powinni o jego opiekę, przy której majętność była, swarzyli, wszystkiem co świat ma wzgardziwszy, udał się na ostry żywot służby Bożej i bogomyślności, która naonczas w klasztorach mniskich gorąco kwitnęła, ledwie 9 lat mając. Pierwej w klasztorze Flawiańskiem uczył się nędzę cierpieć, robić, pożądliwościom swoim rozkazować, wszystką rozkoszą gardzić. liaz robiąc w ogrodzie, gdy go chuć do pięknego jabłka wiszącego  nad nim uwiodła, urwał je , ale w ręku trzymając, pomyślił jako dla takiej niepowściągliwości, pierwszy człowiek Raj utracił, i ludzki naród jadem wężowym zaraził: rzucił jabłko o ziemię, i nogą je zdeptawszy, zaraz z niem złą chuć w sobie niepowściągliwości mądry młodzieniec zwojował.

Ręce jego albo do nieba na modlitwie podniesione, albo w robocie zabawione zawsze zostawały. I prędko się na wielką miłość ku P. Bogu i cnoty wysokie zdobył. Także gdy w piekarni około się chleba pieczenia bawił, piekarz nie mogąc sukni swojej na słońcu wysuszyć, w piec ją włożył, a gdy rychło było potrzeba piec dla chleba  upalić, sukni zapomniał, a ogień wzniecił w piecu onym, dopiero ujrzawszy suknię, wołać począł i płakać. Użalił się go Saba, i krzyżem się świętym przeżegnawszy, w ogień się rzucił i suknię wywlókł, a szkody żadnej  nie odniósł. Tak mu P. Bóg miłość onę ku bratu zapłacił. Za dozwoleniem starszego wybrał się do Jeruzalem, i tam 10 lat w jednym klasztorze przemieszkał; a mając już lat 18, prosił się do Laury (pustelni), gdzie doskonalszych mnichów była szkoła, u Eutymiusza sławnego w żywocie onym mniskim mistrza. On widząc młodego, a doznawając go, przypuścić go do Laury, gdzie byli doskonalsi zamknieni, nie chciał, ale mu radził, aby w na dolnym klasztorze, gdzie się młodzi ćwiczą, został. I tak uczynił. 

Patrząc na jego posłuszeństwo i postępki Eutymiusz, proroctwo ono dał o nim: iż w krótkim czasie, sławą prawą cnót swoich, wszystek świat napełnić miał. Co się potem ziściło. Bo rychło potem urósł w bogomyślnej doskonałości, i do trudności życia onego Anielskiego, i z Bogiem na podniesieniu serca złączenia tak rósł, iż się do niego zewsząd, nie tylko mnisi, ale i pustelnicy zbiegali. On Laurę szkołę onę doskonałości Ewangelicznej, wyniósł i zbudował, i reguły postawił, i wiele bardzo żywota swego miał naśladowników; bo się wszyscy dziwowali, onej w młodych leciech tak wysokiej w cnotach doskonałości. Uprosiwszy się u starszego Eutymiusza, pięć lat w jednej skale mieszkał, w sobotę tylko a w niedzielę do służby Bożej wychodząc, i szóstego dnia pokarm biorąc. Z czarty wielkie wojny wiódł na puszczy, żadnym postrachem ich, które mu wielkie zadawali, nie mdlejąc, ale się więcej w służbie Bożej utwierdzając. W drugiej także na wysokiej górze jaskini, długo przemieszkał, w dziwnych postach i srogości nad ciałem swem, duchowi je podbijając i czarty zwyciężając ze wszystkiemi pokusami ich. Aż lat mając 40, gdy się do niego wiele ludzi świat opuszczających zbierało, na naukę i sprawę ich udając się bardzo ich wiele Panu  Bogu pozyskał, nowe dla nich klasztory i Laury budując, a wszystkim, jako jasna pochodnia przykłady świecąc. Post wielki raz, samego tylko Bożego Ciała używając raz w tydzień, przepościł. Młodego żadnego niezarosłego do Laury nie przypuszczał, mieniąc że nie jest bezpieczno. Nowe od świata idące w innym klasztorze ćwiczyć kazał, aby się tam mniskiej reguły nauczyli, a psałterz umieli. A tym, którym dawał cele w Laurze, takie chciał mieć: aby już byli na żądzach przeciwnych umorzeni, roztropni około rozeznania duchów, wierni, pilni do zabawy świętej, żeby i drugich nauczać mogli, żeby myśli strzedz swoich umieli, i świata zapamiętali. Wsławił go Pan Bóg i cudami wielkiemi.

Za czasów jego oni srodzy heretycy, Eutyches, Nestoryusz i Sewer, którzy Soboru czwartego Chalcedońskiego przyjąć nie chcieli, a mając za pomocnika niezbożnego cesarza Anastazego, prawowierne ściskali, mordowali, a mnichy najwięcej i klasztory tego św. Saby prześladowali, tak iż mu Laurę zburzyli i mnichów rozegnali. A on wielkim się im statkiem sprzeciwił, ich się bluźnierstwy brzydząc, a wszystko dla prawdy katolickiej cierpiąc, i do samego cesarza Anastazego mężny list upominając go, pisał. Którego gdy P. Bóg strącił, a Justyn cesarz, i po nim Justynian, prawowiernym wolności ich pokoju poczynił, zebrał jeszcze większą liczbę niżeli pierwej mnichów, i gorętszą służbę Bożą wzniecił, ich serce do P. Boga, i rozmyślania rzeczy od niego obiecanych, a wzgardy widomych zapalając. Cesarz Justynian mając w Carogrodzie św. Sabę, z wielką czcią go przyjął, i błogosławieństwa u niego prosił.

A cesarzowa żona jego prosiła, aby jej syna u P. Boga zjednał, za większy to dar sobie niżeli wszystko cesarstwo mając: on jej błogosławił, ale o syna prosić nie chciał; czego gdy się usilnie upominała, on się użyć nie dał, i tak odszedł. To mu drudzy za złe mieli, iż tak zasmuconą zostawił cesarzowę. Ale on Duchem Bożym wiedząc, co być miało, rzekł: Bóg jej syna nie da, aby się Sewerowej heretyckiej nauki nie napoił (była podobno tajemną heretyczką), a Kościołowi takiej trudności jako Anastazy nie zadał. Raz znalazłszy jednę jaskinię nad rzeką, w której lew srogi mieszkał, nie wiedząc o innym gospodarzu, tam się chciał od ludzi zataić. I odprawiwszy swoje nabożeństwo, gdy o północy zasnął, lew go za suknią wywłóczyć z domu swego począł. Ocuciwszy się najmniej nie przestraszony, począł Psalm śpiewać. Co słysząc lew, wyszedł i czekał przed jaskinią, ażby one pacierze odprawił. A gdy się zaś św. Saba na onem miejscu, gdzie lew biegał, układał, drugi raz go wyciągać zębami i wyganiać począł. A on cicho rzekł:  Nierozumna bestyo, zgodzić się możemy jeżeli chcesz, miejsca na obli dosyć, a jeżeli
nie chcesz, przystojniej abyś mi ty ustąpił, bom ja jest twarzą Bożą uczczony. Co słysząc lew, prawa swego i łóżka św. ustąpił i precz pobiegł.

Gdy do niego jeden bogaty młodzieniec Bazyli Scytopolitański światem gardząc na naukę przyszedł, dwóch rozbójników, którzy go znali, rozumieli że do św. Saby złota siła przyniósł, weszło do klasztoru i komórki św. Saby, ale nic nie znaleźli, tylko ono, które jego było największe bogactwo, to jest nic nie mieć. I zbudowali się jego onem ubóstwem, i żałowali, że to tak wielkiej świętobliwości mężowi wyrządzić śmieli. A bojąc się jakiej pomsty Bożej i o tern mówiąc: owo ujrzą wielkich lwów dwóch, a oni przeciw nim idą, i wielce się przelękłszy, poradzili sobie (bo mądra jest rzecz dusza w potrzebie), poczęli zaklinać one lwy mówiąc: Przez modlitwy św. Saby ustąpcie nam z drogi. Co wnet bestye uczyniły, i w las pobieżały. A rozbójnicy P. Bogu dziękując, na pokutę do św. Saby poszli, i tam mnichami zostawszy, w dobrym żywocie świata tego dokończyli.

O tymże Sabie pisze tenże Metafrastes, iż gdy na puszczy pilnował służby Bożej, lew do niego przyszedł chromy, trzaskę w nodze mając, podając mu nogę, aby mu onę trzaskę wyjął. Co gdy uczynił święty, lew srogiej natury swej zapomniawszy, dziękując za dobrodziejstwo, przy św. Sabie został, i służył mu jako jakie szczenie, i osła klasztornego, którego niejaki Flais uczeń św. Saby wodził, w niebytności Flaisa opatrował, wodził i wywodził wedle potrzeby. — Tak Świętym bestye posłuszeństwo oddają, gdy je oni P. Bogu zupełnie czynią.

Czasu jednego gdy szedł nad Jordanem, mając z sobą młodego ucznia, spotkali wiele ludzi, a między niemi jednę oczu bystrych, bardzo urodziwą białogłowę, na którą on młody oczy pilnie obrócił. Co bacząc św. Saba, a onego do pokuty i uznania onej niebezpieczności, w którą się w dał przez niepowściągliwość oka, przywodząc, rzekł do niego: Cóż to za białogłowa, zda się piękna, ale jest o jednem oku; a on rzekł: Omyliłeś się ojcze, ma obie oczy. A on rzekł: tyś się podobno omylił. Odpowie: Patrzyłem na nią pilnie ojcze, i widziałem piękne i wdzięczne oczy jej. Dopiero gdy się sam wyznaniem swem związał, rzekł mu: A takeś się nauczył oczyma szafować? takli pamiętasz ono, iż śmierć okienkiem wchodzi. Od tego czasu ze mną nie będziesz, póki się dobrze szafować oczyma i niemi nie strzelać nauczysz. I dał go na dobrą i długą pokutę, na której potem się stal ostrożniejszy, długiem płakaniem swój niedostatek nagradzając.

Mając wiele braci w Laurze klasztorze szafarz Jakób niejaki, wiele dawał grochu na bracią, tak iż ostatki drugiego dnia wymiatał w wodę, mogąc je i na trzeci dzień chować. Co obaczywszy Święty, gdy on nie widział, groch on zebrał, i nazajutrz on groch pięknie przyprawiwszy, sam tylko z Jakóbem zasiadł, i onym go częstował. I spytał go jeżeli dobry? A on rzekł: Dawnom tak smacznego nie jadł. Co usłyszawszy św. Saba, rzekł: Wiedz synu, iż to on groch, któryś w wodę wrzucił. Takeś nieopatrzny, iż dobro Boskie gubisz, którem się głodni karmić bracia mogą. Wiesz co rzekł Apostoł: Kto domu swego sprawować nie umie, jako Kościół Boży rządzić ma? I zawstydzony szafarz on, i tak pięknie ukarany, polepszył się. Po długich tego żywota pracach, i wiele dusz Bogu w żywocie onem doskonałości pozyskaniu, po wojnie z heretykami szczęśliwie dokonanej, uczynków dobrych pełny i wielkiemi cudy wsławiony, do niebieskiej ojczyzny poszedł w dobrej starości, mając lat dziewięćdziesiąt cztery, gdzie chwali P. Boga w Trójcy jedynego, Amen.


Ks. Piotr Skarga, Żywoty świętych starego i nowego Zakonu na każdy dzień (grudzień) str. 118-125